Piątek, Dziś jest 26-04-2019, Imieniny obchodzą Artemon, Klaudiusz, Klet
Do końca roku pozostało: 250 dni

Logowanie do konta

Nazwa użytkownika *
Hasło *
Zapamiętaj mnie

Stwórz konto

Pola oznaczone gwiazdką (*) są wymagane.
Imię *
Nazwa użytkownika *
Hasło *
Zweryfikuj hasło *
Email *
Zweryfikuj email *
wielkanoc

Nr 138 luty 2015

Nr 138 luty 2015
Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna

Mimo przeciętnego poziomu życia nadal sporo odbiegającego od średniej europejskiej, od kilku lat notuje się stały wzrost liczby bogatych Polaków, których dochody pozwalają na zakup bardzo drogich artykułów, dostępnych jedynie zamożnym ludziom. Zdaniem ekonomistów, mimo kryzysów i trudności gospodarczych rynek dóbr luksusowych w naszym kraju będzie się nadal rozwijał, i to na coraz większą skalę.

DOCHODY BOGACZY

Niekorzystne zjawiska w sferze ekonomii, które obserwuje się w polskiej gospodarce w ostatnich latach (m.in. wysokie bezrobocie, niewielki wzrost wynagrodzeń, niski wzrost PKB), nie zaszkodziły portfelom najbardziej zamożnych rodaków. Ich kondycja finansowa nie tylko nie uległa pogorszeniu, ale nawet odnotowano jej wzrost, zarówno w zakresie liczby bogatych Polaków, jak i posiadanych przez nich dochodów. Według dostępnych danych z roku 2013 w Polsce mieszkało 786 tys. osób zamożnych, czyli osiągających dochody powyżej 85 tys. zł rocznie (ponad 7 tys. brutto na miesiąc). Oznacza to, że w porównaniu z rokiem 2012 przybyło 18 tys. bogaczy, co potwierdza obserwowaną od kilku lat tendencję wzrostu liczby osób osiągających wysokie dochody. Przykładowo, w 2008 r. bogatych rodaków było zaledwie 575 tys., dwa lata później – 661 tys., a w 2011 r. już 736 tys.

Polacy z grubym portfelem to przede wszystkim przedsiębiorcy i samozatrudnieni, rozliczający się według 19-procentowego podatku liniowego. W tej grupie odnotowano jedynie niewielki wzrost liczby bogatych (ze 191 tys. w 2009 r. do 218 tys. w 2013 r.), w przeciwieństwie do znaczącego przyrostu zamożnych etatowców i właścicieli firm. Liczba tych ostatnich – z dochodami zaliczanymi do drugiego przedziału podatkowego – wzrosła z 342 tys. w 2008 r. do 568 tys. w 2013 r. Ponadto wśród konsumentów mogących sobie pozwolić na okazjonalny zakup dóbr luksusowych znajduje się około 2 mln Polaków z miesięcznymi zarobkami mieszczącymi się w przedziale od 3,5 tys. do 7 tys. zł brutto.

Najbardziej liczącą się jednak grupę – z punktu widzenia firm sprzedających produkty z górnej półki – stanowią najbogatsi konsumenci, którzy posiadają płynne aktywa (akcje, gotówka itd.) o wartości przekraczającej 1 mln dol. rocznie. Autorzy raportu opracowanego przez Credit Suisse szacują, że w Polsce żyje około 45 tys. osób posiadających tak spory majątek. Jest to stosunkowo niewiele, biorąc pod uwagę liczbę bogaczy w innych krajach Unii. Przykładowo we Francji jest to ponad 2,2 mln osób, w Niemczech – 1,7 mln, a we Włoszech i Wielkiej Brytanii – po 1,5 mln. Ogółem w całej Europie mieszka ponad 10 mln ludzi, których dochody przekraczają w ciągu roku 1 mln dol. Oznacza to, że z naszego kraju wywodzi się zaledwie 0,4 proc. najbogatszych. Większa grupa ludzi bogatych mieszka nawet w mniejszych liczebnie państwach, takich jak Portugalia czy Finlandia (w każdym z nich żyje po około 60 tys. bogaczy).

Także pod względem wartości posiadanego majątku rodzimi krezusi nadal pozostają w tyle w porównaniu z ludźmi zamożnymi z Europy Zachodniej, Ameryki Północnej czy nawet Rosji. Większość z najbogatszych Polaków (89 proc.) posiada majątek szacowany na 1–5 mln dol. Następną grupę (6,5 proc.) stanowią osoby dysponujące dobrami mieszczącymi się w przedziale między 5–10 mln dol. Na kolejnym miejscu (3,7 proc.) plasują się rodacy posiadający płynne środki finansowe wynoszące od 10 do 50 mln dol. Majątek przekraczający 50 mln dol. posiada w naszym kraju 127 obywateli, zaś 79 osób może pochwalić się zasobami przekraczającymi 100 mln dol.

LUKSUSOWE DOBRA

Według danych z 2013 r. całkowita wartość rynku dóbr luksusowych w Polsce szacowana jest na 10,8 mln zł, co oznacza wzrost o 5,9 proc. w porównaniu z rokiem wcześniejszym. Zdaniem ekonomistów w kolejnych latach spodziewać się można dalszego wzrostu wartości tego segmentu, nawet o 20 proc. w 2016 r. Wśród najczęściej kupowanych przez Polaków drogich produktów na pierwszym miejscu znajdują się samochody luksusowe i premium. Ich sprzedaż sięgnęła w 2013 r. 4,5 mld zł. Mimo stagnacji na rynku motoryzacyjnym liczba bardzo drogich aut osobowych rejestrowanych w naszym kraju ciągle rośnie. Na kolejnych pozycjach najchętniej kupowanych artykułów z górnej półki znalazła się odzież i dodatki (1,8 mln zł) oraz usługi hotelarskie i SPA (1,2 mln zł). Na dalszych miejscach odnotowano wydatki na luksusowe nieruchomości (900 mln zł), alkohole i cygara (łącznie 714 mln zł), meble (580 mln zł), biżuterię i zegarki (380 mln zł) oraz kosmetyki i perfumy (304 mln zł). Listę popularnych dóbr luksusowych kuszących Polaków uzupełniają: elektronika (161 mln zł), jachty (135 mln zł) i artykuły piśmiennicze (85 mln zł).

Potencjał nabywczy polskich bogaczy już kilka lat temu dostrzegły światowe koncerny oferujące drogie produkty luksusowych marek. Dzięki temu pojawiły się nad Wisłą salony aż 69 proc. firm produkujących najdroższe produkty z górnej półki. Najwięcej wśród nich jest marek włoskich (22 proc.), takich chociażby jak Prada, Gucci, Dolce & Galbana, Ferrari czy Maserati, oraz francuskich (17 proc.), wśród których prym wiodą: Chanel, Louis Vuitton, Dior i Yves Saint Laurent. Na naszym rynku obecne są także liczne luksusowe marki wywodzące się ze Szwajcarii, Wielkiej Brytanii, Niemiec i Stanów Zjednoczonych. W opinii przedstawicieli przedsiębiorstw zaliczanych do producentów ekskluzywnych produktów prognozy na najbliższe lata są bardzo optymistyczne. Zdecydowana większość z nich, bo aż 94 proc., jest zdania, że liczba ich klientów w Polsce wzrośnie, podobnie jak kwoty wydawane jednorazowo na zakup luksusowych dóbr.

Mimo dominacji zagranicznych firm na rynku ekskluzywnych marek udało się przebić przez sito konkurencji także kilku rodzimym producentom, którzy potrafili stworzyć produkty wysokiej jakości, odpowiadające najwyższym standardom i wymaganiom konsumentów. Jedną z nich jest firma kosmetyczna znana sporej rzeszy Polek – Dr Irena Eris. Innym przykładem są polskie zakłady produkujące luksusowe jachty i łodzie: Sunreef Yachts, Galeon i Delphia Yachts, które zdobywają klientów przede wszystkim poza granicami naszego kraju. Dobrą opinią na światowych rynkach cieszą się także polscy producenci napojów alkoholowych. Coraz częściej na ekskluzywnych pokazach mody pojawiają się kreacje rodzimych projektantów, takich jak Ewa Minge, Maciej Zień i Gosia Baczyńska.

MARZENIE WIELU

Luksus nie jest człowiekowi niezbędny do życia, ale stanowi marzenie większości ludzi na całym świecie. Podobnie jest w Polsce – posiadanie ekskluzywnych dóbr marzy się wielu rodakom, szczególnie tym, którzy pamiętają szarzyznę polskich ulic i puste półki z czasów minionej epoki. Wówczas jednak posiadanie zagranicznych produktów – kojarzonych nieodłącznie z lepszą jakością niż rodzime i często siermiężne artykuły – było dostępne zaledwie garstce wybrańców. Utrudniony dostęp do luksusowych rzeczy ograniczał apetyty na nie i sprawiał, że większość obywateli PRL zadowalała się zakupem lokalnych produktów, najczęściej zresztą zdobywanych po znajomościach lub wystanych w kolejkach. Przedstawiciele starszej i średniej generacji pamiętają niewątpliwie, jakim szczęściem napawało kupienie przed Bożym Narodzeniem pomarańczy z Kuby czy kawałka holenderskiego masła solonego.

Wraz z transformacją ekonomiczno-polityczną i pojawieniem się na polskim rynku zagranicznych dóbr, w tym także luksusowych, a co za tym idzie, większą ich dostępnością dla przeciętnego Kowalskiego, rozbudzona została chęć posiadania tego, co przez długie lata pozostawało wyłącznie w sferze marzeń. Stopniowe bogacenie się części polskiego społeczeństwa i nabycie drogich produktów przez sąsiadów, krewnych czy znajomych dodatkowo jeszcze zaostrzyło apetyty polskich konsumentów. Głównym ograniczeniem w zaspokojeniu marzeń wielu Polaków o posiadaniu wyrobów ekskluzywnych marek nadal są zbyt niskie dochody. Stąd też pojawiło się zjawisko tzw. oglądaczy w galeriach i centrach handlowych. Są to osoby, których nie stać na zakup ekskluzywnych artykułów, mogą jedynie je pooglądać i ewentualnie poprzymierzać. Najbardziej zagorzali oglądacze są w stanie spędzić w drogich butikach nawet kilka godzin, snując się z jednego sklepu do drugiego i pozorując robienie zakupów. Stają się zmorą dla ekspedientek zmuszonych do obsługiwania pseudoklientów. Dla niektórych z nich to jedyny sposób na liźnięcie odrobimy luksusu i zapomnienie przez chwilę o pustej kieszeni, uniemożliwiającej nabycie wymarzonych produktów.

A czego najczęściej pragną ludzie snujący marzenia o odrobinie luksusu? Pożądane produkty różnią się w zależności od płci osobnika. I tak w przypadku mężczyzn to głównie szybkie i bardzo drogie samochody. Wśród nich najczęściej wymienia się takie marki jak Lexus, Mercedes czy Bugatti, który może osiągnąć prędkość nawet do 431 km/h. Przeciętna wersja tego auta kosztuje około 2,6 mln dol., ale cena może dojść nawet do 40 mln dol. w przypadku zabytkowych egzemplarzy. Kolejne miejsce na liście męskich marzeń zajmują ekskluzywne zegarki. Uważane za najbardziej tradycyjny rodzaj biżuterii męskiej i świadczące o dobrym stylu posiadacza dorównują cenowo nawet najdroższym samochodom. Przykładowo, cacko z paskiem z krokodylej skóry i niezawodnymi mechanizmami kosztuje aż 1,5 mln dol. Za pamiątkowy Patek Caliber 89 z 1989 r., ważący 1,1 kg i mający 33 mechanizmy, uważany za najbardziej ekskluzywny zegarek świata, trzeba zapłacić aż ponad 5 mln dol. Na trzecim miejscu na liście męskich marzeń o luksusowych dobrach plasują się drogie alkohole, wśród których prym bez wątpienia wiedzie koniak. Nie on jednak jest najdroższym trunkiem świata, ale pięciolitrowa butelka rosyjskiej wódki, którą przelewa się podczas destylacji po diamentach. Flaszka tego alkoholu – ozdobiona 3 tys. diamentów i umieszczona w futerale z białego futra – kosztuje 3,7 mln dol. Panowie chcieliby także posiadać eleganckie wieczne pióra, wśród których króluje niepodzielnie pióro wykonane z 840 diamentów i trzech odmian 20-karatowych rubinów, szmaragdów i szafirów. Za tego typu cudo trzeba zapłacić 730 tys. dol.

Płci pięknej marzą się najczęściej eleganckie stroje, dobre perfumy i kosmetyki, biżuteria oraz modne dodatki. Wśród tych ostatnich wymienić można chociażby okulary przeciwsłoneczne wykonane z białego złota, bawolego rogu i strusiej skóry lub ozdabiane diamentami, które za 400 tys. dolarów oferuje włoski projektant mody Dolce & Gabbana. Panie marzą także o wypoczynku w luksusowych hotelach i ekskluzywnych rezydencjach. Jednym z najdroższych hoteli świata jest moskiewski Ritz-Carlton, w którym za noc trzeba zapłacić 16 tys. dol., za śniadanie 700 dol., a za samą tylko herbatę 245 dol. Wśród kobiecych marzeń pojawiają się także te o rejsie na morzu – oferuje go chociażby Oasis of the Seas, na pokładzie którego znajduje się m.in. SPA, park wodny, amfiteatr, karuzele i wiele innych atrakcji. Za tygodniowy rejs tym statkiem trzeba zapłacić 34 tys. dolarów od osoby.

Przypuszczać można, że większości członków naszego społeczeństwa nigdy nie uda się zrealizować choćby znikomej części posiadanych marzeń. Niemniej jednak wydaje się, że mimo wielu przeciwności natury ekonomiczno-materialnej przeciętny poziom życia Polaków będzie się w najbliższych latach stale podnosić. Dzięki temu możliwy stanie się zakup produktów lepszej jakości, zarówno rodzimych, jak i zagranicznych marek oferujących dobra z górnej lub nawet i najwyższej półki. Pozostaje mieć nadzieję, że te prognozy ekonomistów się sprawdzą i doczekamy czasów, w których przeciętny Kowalski zakupy będzie robił nie w dyskontach i na bazarach, ale w eleganckich butikach ekskluzywnych galerii i pachnących luksusem delikatesach.

Elżbieta Kuźma

Wykorzystano dane z opracowań: Sedlak & Sedlak „Jak pławimy się w luksusie” oraz raport KPMG „Rynek dóbr luksusowych w Polsce 2013”

 

 

Gazetka 138 – luty 2015

 

Nr 138 luty 2015
Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna

Mimo przeciętnego poziomu życia nadal sporo odbiegającego od średniej europejskiej, od kilku lat notuje się stały wzrost liczby bogatych Polaków, których dochody pozwalają na zakup bardzo drogich artykułów, dostępnych jedynie zamożnym ludziom. Zdaniem ekonomistów, mimo kryzysów i trudności gospodarczych rynek dóbr luksusowych w naszym kraju będzie się nadal rozwijał, i to na coraz większą skalę.

DOCHODY BOGACZY

Niekorzystne zjawiska w sferze ekonomii, które obserwuje się w polskiej gospodarce w ostatnich latach (m.in. wysokie bezrobocie, niewielki wzrost wynagrodzeń, niski wzrost PKB), nie zaszkodziły portfelom najbardziej zamożnych rodaków. Ich kondycja finansowa nie tylko nie uległa pogorszeniu, ale nawet odnotowano jej wzrost, zarówno w zakresie liczby bogatych Polaków, jak i posiadanych przez nich dochodów. Według dostępnych danych z roku 2013 w Polsce mieszkało 786 tys. osób zamożnych, czyli osiągających dochody powyżej 85 tys. zł rocznie (ponad 7 tys. brutto na miesiąc). Oznacza to, że w porównaniu z rokiem 2012 przybyło 18 tys. bogaczy, co potwierdza obserwowaną od kilku lat tendencję wzrostu liczby osób osiągających wysokie dochody. Przykładowo, w 2008 r. bogatych rodaków było zaledwie 575 tys., dwa lata później – 661 tys., a w 2011 r. już 736 tys.

Polacy z grubym portfelem to przede wszystkim przedsiębiorcy i samozatrudnieni, rozliczający się według 19-procentowego podatku liniowego. W tej grupie odnotowano jedynie niewielki wzrost liczby bogatych (ze 191 tys. w 2009 r. do 218 tys. w 2013 r.), w przeciwieństwie do znaczącego przyrostu zamożnych etatowców i właścicieli firm. Liczba tych ostatnich – z dochodami zaliczanymi do drugiego przedziału podatkowego – wzrosła z 342 tys. w 2008 r. do 568 tys. w 2013 r. Ponadto wśród konsumentów mogących sobie pozwolić na okazjonalny zakup dóbr luksusowych znajduje się około 2 mln Polaków z miesięcznymi zarobkami mieszczącymi się w przedziale od 3,5 tys. do 7 tys. zł brutto.

Najbardziej liczącą się jednak grupę – z punktu widzenia firm sprzedających produkty z górnej półki – stanowią najbogatsi konsumenci, którzy posiadają płynne aktywa (akcje, gotówka itd.) o wartości przekraczającej 1 mln dol. rocznie. Autorzy raportu opracowanego przez Credit Suisse szacują, że w Polsce żyje około 45 tys. osób posiadających tak spory majątek. Jest to stosunkowo niewiele, biorąc pod uwagę liczbę bogaczy w innych krajach Unii. Przykładowo we Francji jest to ponad 2,2 mln osób, w Niemczech – 1,7 mln, a we Włoszech i Wielkiej Brytanii – po 1,5 mln. Ogółem w całej Europie mieszka ponad 10 mln ludzi, których dochody przekraczają w ciągu roku 1 mln dol. Oznacza to, że z naszego kraju wywodzi się zaledwie 0,4 proc. najbogatszych. Większa grupa ludzi bogatych mieszka nawet w mniejszych liczebnie państwach, takich jak Portugalia czy Finlandia (w każdym z nich żyje po około 60 tys. bogaczy).

Także pod względem wartości posiadanego majątku rodzimi krezusi nadal pozostają w tyle w porównaniu z ludźmi zamożnymi z Europy Zachodniej, Ameryki Północnej czy nawet Rosji. Większość z najbogatszych Polaków (89 proc.) posiada majątek szacowany na 1–5 mln dol. Następną grupę (6,5 proc.) stanowią osoby dysponujące dobrami mieszczącymi się w przedziale między 5–10 mln dol. Na kolejnym miejscu (3,7 proc.) plasują się rodacy posiadający płynne środki finansowe wynoszące od 10 do 50 mln dol. Majątek przekraczający 50 mln dol. posiada w naszym kraju 127 obywateli, zaś 79 osób może pochwalić się zasobami przekraczającymi 100 mln dol.

LUKSUSOWE DOBRA

Według danych z 2013 r. całkowita wartość rynku dóbr luksusowych w Polsce szacowana jest na 10,8 mln zł, co oznacza wzrost o 5,9 proc. w porównaniu z rokiem wcześniejszym. Zdaniem ekonomistów w kolejnych latach spodziewać się można dalszego wzrostu wartości tego segmentu, nawet o 20 proc. w 2016 r. Wśród najczęściej kupowanych przez Polaków drogich produktów na pierwszym miejscu znajdują się samochody luksusowe i premium. Ich sprzedaż sięgnęła w 2013 r. 4,5 mld zł. Mimo stagnacji na rynku motoryzacyjnym liczba bardzo drogich aut osobowych rejestrowanych w naszym kraju ciągle rośnie. Na kolejnych pozycjach najchętniej kupowanych artykułów z górnej półki znalazła się odzież i dodatki (1,8 mln zł) oraz usługi hotelarskie i SPA (1,2 mln zł). Na dalszych miejscach odnotowano wydatki na luksusowe nieruchomości (900 mln zł), alkohole i cygara (łącznie 714 mln zł), meble (580 mln zł), biżuterię i zegarki (380 mln zł) oraz kosmetyki i perfumy (304 mln zł). Listę popularnych dóbr luksusowych kuszących Polaków uzupełniają: elektronika (161 mln zł), jachty (135 mln zł) i artykuły piśmiennicze (85 mln zł).

Potencjał nabywczy polskich bogaczy już kilka lat temu dostrzegły światowe koncerny oferujące drogie produkty luksusowych marek. Dzięki temu pojawiły się nad Wisłą salony aż 69 proc. firm produkujących najdroższe produkty z górnej półki. Najwięcej wśród nich jest marek włoskich (22 proc.), takich chociażby jak Prada, Gucci, Dolce & Galbana, Ferrari czy Maserati, oraz francuskich (17 proc.), wśród których prym wiodą: Chanel, Louis Vuitton, Dior i Yves Saint Laurent. Na naszym rynku obecne są także liczne luksusowe marki wywodzące się ze Szwajcarii, Wielkiej Brytanii, Niemiec i Stanów Zjednoczonych. W opinii przedstawicieli przedsiębiorstw zaliczanych do producentów ekskluzywnych produktów prognozy na najbliższe lata są bardzo optymistyczne. Zdecydowana większość z nich, bo aż 94 proc., jest zdania, że liczba ich klientów w Polsce wzrośnie, podobnie jak kwoty wydawane jednorazowo na zakup luksusowych dóbr.

Mimo dominacji zagranicznych firm na rynku ekskluzywnych marek udało się przebić przez sito konkurencji także kilku rodzimym producentom, którzy potrafili stworzyć produkty wysokiej jakości, odpowiadające najwyższym standardom i wymaganiom konsumentów. Jedną z nich jest firma kosmetyczna znana sporej rzeszy Polek – Dr Irena Eris. Innym przykładem są polskie zakłady produkujące luksusowe jachty i łodzie: Sunreef Yachts, Galeon i Delphia Yachts, które zdobywają klientów przede wszystkim poza granicami naszego kraju. Dobrą opinią na światowych rynkach cieszą się także polscy producenci napojów alkoholowych. Coraz częściej na ekskluzywnych pokazach mody pojawiają się kreacje rodzimych projektantów, takich jak Ewa Minge, Maciej Zień i Gosia Baczyńska.

MARZENIE WIELU

Luksus nie jest człowiekowi niezbędny do życia, ale stanowi marzenie większości ludzi na całym świecie. Podobnie jest w Polsce – posiadanie ekskluzywnych dóbr marzy się wielu rodakom, szczególnie tym, którzy pamiętają szarzyznę polskich ulic i puste półki z czasów minionej epoki. Wówczas jednak posiadanie zagranicznych produktów – kojarzonych nieodłącznie z lepszą jakością niż rodzime i często siermiężne artykuły – było dostępne zaledwie garstce wybrańców. Utrudniony dostęp do luksusowych rzeczy ograniczał apetyty na nie i sprawiał, że większość obywateli PRL zadowalała się zakupem lokalnych produktów, najczęściej zresztą zdobywanych po znajomościach lub wystanych w kolejkach. Przedstawiciele starszej i średniej generacji pamiętają niewątpliwie, jakim szczęściem napawało kupienie przed Bożym Narodzeniem pomarańczy z Kuby czy kawałka holenderskiego masła solonego.

Wraz z transformacją ekonomiczno-polityczną i pojawieniem się na polskim rynku zagranicznych dóbr, w tym także luksusowych, a co za tym idzie, większą ich dostępnością dla przeciętnego Kowalskiego, rozbudzona została chęć posiadania tego, co przez długie lata pozostawało wyłącznie w sferze marzeń. Stopniowe bogacenie się części polskiego społeczeństwa i nabycie drogich produktów przez sąsiadów, krewnych czy znajomych dodatkowo jeszcze zaostrzyło apetyty polskich konsumentów. Głównym ograniczeniem w zaspokojeniu marzeń wielu Polaków o posiadaniu wyrobów ekskluzywnych marek nadal są zbyt niskie dochody. Stąd też pojawiło się zjawisko tzw. oglądaczy w galeriach i centrach handlowych. Są to osoby, których nie stać na zakup ekskluzywnych artykułów, mogą jedynie je pooglądać i ewentualnie poprzymierzać. Najbardziej zagorzali oglądacze są w stanie spędzić w drogich butikach nawet kilka godzin, snując się z jednego sklepu do drugiego i pozorując robienie zakupów. Stają się zmorą dla ekspedientek zmuszonych do obsługiwania pseudoklientów. Dla niektórych z nich to jedyny sposób na liźnięcie odrobimy luksusu i zapomnienie przez chwilę o pustej kieszeni, uniemożliwiającej nabycie wymarzonych produktów.

A czego najczęściej pragną ludzie snujący marzenia o odrobinie luksusu? Pożądane produkty różnią się w zależności od płci osobnika. I tak w przypadku mężczyzn to głównie szybkie i bardzo drogie samochody. Wśród nich najczęściej wymienia się takie marki jak Lexus, Mercedes czy Bugatti, który może osiągnąć prędkość nawet do 431 km/h. Przeciętna wersja tego auta kosztuje około 2,6 mln dol., ale cena może dojść nawet do 40 mln dol. w przypadku zabytkowych egzemplarzy. Kolejne miejsce na liście męskich marzeń zajmują ekskluzywne zegarki. Uważane za najbardziej tradycyjny rodzaj biżuterii męskiej i świadczące o dobrym stylu posiadacza dorównują cenowo nawet najdroższym samochodom. Przykładowo, cacko z paskiem z krokodylej skóry i niezawodnymi mechanizmami kosztuje aż 1,5 mln dol. Za pamiątkowy Patek Caliber 89 z 1989 r., ważący 1,1 kg i mający 33 mechanizmy, uważany za najbardziej ekskluzywny zegarek świata, trzeba zapłacić aż ponad 5 mln dol. Na trzecim miejscu na liście męskich marzeń o luksusowych dobrach plasują się drogie alkohole, wśród których prym bez wątpienia wiedzie koniak. Nie on jednak jest najdroższym trunkiem świata, ale pięciolitrowa butelka rosyjskiej wódki, którą przelewa się podczas destylacji po diamentach. Flaszka tego alkoholu – ozdobiona 3 tys. diamentów i umieszczona w futerale z białego futra – kosztuje 3,7 mln dol. Panowie chcieliby także posiadać eleganckie wieczne pióra, wśród których króluje niepodzielnie pióro wykonane z 840 diamentów i trzech odmian 20-karatowych rubinów, szmaragdów i szafirów. Za tego typu cudo trzeba zapłacić 730 tys. dol.

Płci pięknej marzą się najczęściej eleganckie stroje, dobre perfumy i kosmetyki, biżuteria oraz modne dodatki. Wśród tych ostatnich wymienić można chociażby okulary przeciwsłoneczne wykonane z białego złota, bawolego rogu i strusiej skóry lub ozdabiane diamentami, które za 400 tys. dolarów oferuje włoski projektant mody Dolce & Gabbana. Panie marzą także o wypoczynku w luksusowych hotelach i ekskluzywnych rezydencjach. Jednym z najdroższych hoteli świata jest moskiewski Ritz-Carlton, w którym za noc trzeba zapłacić 16 tys. dol., za śniadanie 700 dol., a za samą tylko herbatę 245 dol. Wśród kobiecych marzeń pojawiają się także te o rejsie na morzu – oferuje go chociażby Oasis of the Seas, na pokładzie którego znajduje się m.in. SPA, park wodny, amfiteatr, karuzele i wiele innych atrakcji. Za tygodniowy rejs tym statkiem trzeba zapłacić 34 tys. dolarów od osoby.

Przypuszczać można, że większości członków naszego społeczeństwa nigdy nie uda się zrealizować choćby znikomej części posiadanych marzeń. Niemniej jednak wydaje się, że mimo wielu przeciwności natury ekonomiczno-materialnej przeciętny poziom życia Polaków będzie się w najbliższych latach stale podnosić. Dzięki temu możliwy stanie się zakup produktów lepszej jakości, zarówno rodzimych, jak i zagranicznych marek oferujących dobra z górnej lub nawet i najwyższej półki. Pozostaje mieć nadzieję, że te prognozy ekonomistów się sprawdzą i doczekamy czasów, w których przeciętny Kowalski zakupy będzie robił nie w dyskontach i na bazarach, ale w eleganckich butikach ekskluzywnych galerii i pachnących luksusem delikatesach.

Elżbieta Kuźma

Wykorzystano dane z opracowań: Sedlak & Sedlak „Jak pławimy się w luksusie” oraz raport KPMG „Rynek dóbr luksusowych w Polsce 2013”

 

 

Gazetka 138 – luty 2015

 

Nr 138 luty 2015
Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna

Halina Szołtysik: Niedawno wydała pani książkę pt. „Zabiorę Cię jesienią do Brukseli”, ale nie jest to pani pierwsze doświadczenie literackie – od kilku lat prowadzi pani bloga.

Agnieszka Korzeniewska: Powiedzmy sobie szczerze: nie jestem pisarką. Nie mam w tej dziedzinie żadnego doświadczenia. Jeśli mam o sobie mówić w kontekście pisania, wolę się nazywać osobą, która napisała książkę. Do instytucji pisarza podchodzę z wielką pokorą. Ja tylko rejestruję otaczającą mnie rzeczywistość. Od dziecka lubiłam zapisywać stany emocjonalne, postrzępione myśli. Z jednej strony jestem bardzo otwarta, pozytywnie nastawiona do ludzi, z drugiej – uwielbiam swoją pogodną, twórczą samotność i własny świat. Jestem wnikliwą podpatrywaczką codzienności i tę codzienność ubieram w słowa. Gdy nastała era internetu, funkcję dziennika przejął blog. Oczywiście nie jest aż tak osobisty jak pamiętnik, bo przecież nie wszystko jest na sprzedaż, ale bardzo szczery i autentyczny.

Jako blogerka narodziłam się kilka lat temu dzięki siostrzenicy, która znając moje zamiłowanie do pisania, powiedziała: „Założę ci bloga, to jest naprawdę coś, co pokochasz!” Bardzo szybko połknęłam bakcyla. Początkowo moje blogowanie było bardzo niedoskonałe, z czasem zaczęło nabierać konkretnego kształtu. Pojawili się pierwsi czytelnicy. Ze zdziwieniem zaczęłam zauważać, że ciągle ich przybywa, wracają, proszą o więcej. Ich bardzo osobiste wpisy dały mi przeświadczenie, że to, co robię, ma sens. Ludzie identyfikowali się z bohaterami moich opowieści, oglądali Brukselę i Podlasie moimi oczyma, znajdowali między wierszami odpowiedzi na własne pytania bądź też z kubkiem porannej kawy po prostu miło spędzali czas, odrywając się od codziennych kłopotów. W końcu środowe i piątkowe wpisy stały się naszym wspólnym małym rytuałem.

Przy okazji zrozumiałam pewną zaskakującą rzecz. Zawsze myślałam, że piszę głownie dla siebie i to mi wystarcza, ale dopiero interakcja z czytelnikami uświadomiła mi, jak ważny dla piszącego jest odbiorca. Nie ulega wątpliwości, że pisanie samo w sobie jest dla mnie wielką przyjemnością, ale gdyby nie było czytelników, można by je było porównać do picia najlepszego szampana do lustra…

A skąd pomysł na książkę?

Moi bliscy zachęcali mnie do tego od dawna, ale czasami najbliższym się nie dowierza. Podejrzewałam, że patrzą na mnie przez różowe okulary i nie są obiektywni. Dopiero gdy zaczęli mnie do tego nakłaniać obcy ludzie, czytelnicy mojego bloga, ta myśl zaczęła dojrzewać i w końcu się skrystalizowała.

Choć w książce jest wiele pani zdjęć, to tak naprawdę niewiele pisze pani o sobie…

Cóż, w książce jestem tylko przewodnikiem. Prowadzę czytelnika uliczkami Brukseli, piję z nim kawę, odwiedzam miejsca, których być może by nie poznał, przyjeżdżając tu na dzień czy dwa...

Moja belgijska przygoda zaczęła się ponad 20 lat temu dość banalnie. Pochodzę z Podlasia, jak wielu Polaków zamieszkujących Brukselę. Pierwszy raz przyjechałam tu z chłopakiem jeszcze jako studentka. Były lata 90. Studiowaliśmy zarządzanie na Uniwersytecie Gdańskim i jak większość młodych, marzyliśmy o lepszym życiu. Jednak wyjazd na Zachód nie był łatwy. Mur berliński – stał jeszcze murem. I nic nie zapowiadało, że kiedyś runie. Nikomu się jeszcze nie śniło, że podróżowanie po świecie stanie się takie łatwe i tanie. Istniały granice i aby wyjechać, potrzebna była wiza. Zdobyliśmy ją i wyjechaliśmy na tak zwany urlop dziekański. Nasz pobyt miał trwać rok, a przedłużył się o wiele lat… Jednak wróciliśmy do Polski – po to, by ją opuścić po raz drugi na dobre w 2004 roku. Od tamtego czasu żyjemy „w rozkroku” pomiędzy dwoma krajami, wrośnięci tak samo mocno w obie rzeczywistości: brukselską i podlaską, a konkretnie siemiatycką.

Do kogo adresowana jest pani książka?

Książka ma wiele warstw i dedykacji. To trochę nietypowy, sentymentalny przewodnik po Brukseli dla tych, którzy chcą ją odwiedzić bądź odświeżyć pamięć o miejscach i zabytkach. Doszły mnie słuchy, że w moich rodzinnych Siemiatyczach zaopatrzyli się już w nią uczestnicy wycieczki do Brukseli – członkowie Uniwersytetu Trzeciego Wieku. To bardzo sympatyczne! Przede wszystkim jest to jednak ukłon w stronę moich rodaków, nie tylko z Podlasia – zwykłych ludzi, o których nie pisze się na pierwszych stronach gazet, a którzy przetarli szlak do lepszego życia swoim dzieciom i wnukom. Tak mało się o nich mówi i pisze, a przecież stanowimy tu naprawdę potężną siłę. To w końcu opowieść o wartościach ogólnoludzkich: o tęsknocie emigracyjnej, wyobcowaniu, o potrzebie przynależności, miłości i akceptacji. Książka ta mimo nostalgicznego klimatu niesie w sobie optymistyczne przesłanie, że warto jest pokonywać przeszkody, podejmować trud, przekraczać własne ograniczenia. Właściwie każdy może tam znaleźć coś dla siebie. Można ją też czytać fragmentami, bo praktycznie każdy rozdział dotyczy innego tematu.

Pisze pani, że uwielbia Brukselę, tymczasem wiele osób tu mieszkających nie lubi tego miasta; emigranci skarżą się na brudne ulice i hałas, narzekają na pogodę. Jaka jest pani recepta na zakochanie się w tym miejscu?

Bruksela nie należy do miast, które powalają na kolana. W porównaniu z innymi stolicami świata wydała mi się początkowo bardzo prowincjonalna i mało przyjazna, choćby ze względu na klimat. To miasto wymaga cierpliwej uważności. Nie afiszuje się ono swoim przepychem, choć ma wiele do zaoferowania. Atmosferę Brukseli tworzą ludzie i zabytki. Skoro przyszło mi tu zostać na dłużej, postanowiłam jakoś rozprawić się z tą niechęcią do niej. W myśl zasady: jeśli nie możesz czegoś zmienić, polub to lub sam się zmień. Zaczęłam szperać w książkach i internecie, szukać ciekawostek na jej temat, wypytywać znajomych Belgów, wychodzić, spacerować, poznawać ludzi i miejsca. Nie spostrzegłam się nawet, kiedy wpadłam z tą miłością po uszy! Szybko przerodziła się w obsesję. Okazało się, że to miejsce przyjazne do życia, wspaniała baza wypadowa do innych stolic Europy, dobrze rozwiązana komunikacja, miasto kipiące zielenią, uczynni nieznajomi, tolerancja czasami posunięta aż do granic absurdu. Nie ma uniwersalnej recepty na rozkochanie się w Brukseli. Każdy musi znaleźć swój własny sposób, ale wszystkich, którzy przyjeżdżają tu z negatywnym nastawieniem, bo nasłuchali się złych opinii, proszę: dajcie sobie i Brukseli szansę!

Emigranci często pozostają w swoim gronie i mówią, że łatwiej nawiązać i utrzymać znajomość z osobą innej narodowości niż z Belgiem. Kontakty z Belgami, które pani opisuje w książce, wydają się to potwierdzać.

Trudno jest o jednoznaczną opinię… To prawda, opisuję w książce przyjaźnie z przedstawicielami innych narodowości, nie zawsze Belgami. Wynika to z tego, że jest tu bardzo dużo różnych nacji i „nie-Belga” spotyka się na każdym kroku. Jak ktoś powiedział: „W tym kraju wszyscy jesteśmy obcokrajowcami”. Ale przecież na przestrzeni lat tutaj spędzonych nawiązałam wiele pięknych, wręcz familijnych relacji z Belgami. Na początku może niezbyt wylewni, zyskują przy bliższym poznaniu. I jeśli cię polubią, są bardzo oddani.

Jednym ze stereotypów powielanych przez nas samych jest ten, że my, Polacy, też nie jesteśmy na co dzień zbyt solidarni względem siebie, serdeczni, że unikamy się nawzajem – o tym też pisałam w książce. Spotkałam wiele takich przypadków osobiście. Ale z drugiej strony to właśnie moi rodacy, często bezimienni, pomagali mi bezinteresownie w początkowo trudnej emigracyjnej rzeczywistości. To także przedstawiciele tak zwanej starej emigracji, którzy leczyli za darmo (większość z nas była wtedy „na czarno”), pomagali znaleźć pracę. Dlatego staram się nie powielać stereotypów na temat różnych narodowości, także Polaków i Belgów. Pracuję w międzynarodowej firmie. Z tego, co obserwuję, globalnie wszyscy jesteśmy dziećmi tej samej Ziemi i mamy dokładnie takie same potrzeby. Śmiejemy się z podobnych dowcipów, podobnie szukamy akceptacji, miłości, życzliwości, tak samo się kłócimy, tęsknimy. I tak samo podkładamy sobie świnie lub wyciągamy rękę na pomoc. Dużo się mówi o tym, że Polak Polakowi wilkiem, ale popatrzmy, ile wzajemnych niechęci generują antagonizmy narodowościowe w Belgii. Można by tak spierać się bez końca i powiem więcej, każdy miałby po trosze rację.

Jest już pani po pierwszych spotkaniach z czytelnikami – jakie są reakcje?

W najśmielszych marzeniach nie sądziłam, że książka trafi na tak podatny grunt, że wywoła tyle emocji, wspomnień… Tym bardziej że jej forma jest dość nietypowa. Ni to powieść, ni to przewodnik. Warto było ją napisać chociażby po to, by doznać tyle ludzkiej życzliwości. Tutaj obalam kolejny stereotyp, jakoby naszą narodową cechą była zazdrość czy zawiść. A może po prostu jestem wielką życiową szczęściarą? Praktycznie bez żadnych większych kampanii reklamowych pierwszy niewielki nakład rozszedł się jak ciepłe bułeczki. Są już nowe dodruki. Moja książka dzięki blogowej braci zawędrowała do Polonii amerykańskiej, kanadyjskiej, francuskiej, angielskiej… pozostawiając po sobie duży niedosyt. Spontanicznie organizowane przez moich przyjaciół tutaj i w Polsce wieczory autorskie dostarczają mi jako autorce wielu wzruszeń. Zaczynają reagować różne instytucje kulturalne, a nie zapominajmy, że książka dopiero co ukazała się na rynku. W najbliższym czasie odbędą się kolejne spotkania autorskie w Warszawie i na Podlasiu. Otrzymuję prośby o wywiady w polskiej prasie regionalne. Pojawiają się sygnały o potrzebie wydania w języku francuskim lub angielskim. Belgowie ciekawi są tego, jak wypadają w oczach kogoś z zewnątrz. To wszystko toczy się jakoś samo, poza mną… Bez udziału wiodących mediów, bez poważnych kampanii reklamowych – zwykłą pocztą pantoflową. Ludzie polecają mnie sobie nawzajem. Jestem taką osobą znikąd, nie piszę o rzeczach niezwykłych, nie naruszam tabu, nie budzę kontrowersji, być może nie jest to książka dla intelektualistów, a mimo to konsekwentnie podbija lokalny rynek i ludzkie serca. Dla mnie najważniejsze jest poruszanie czułych strun w ludziach, operowanie emocjami. I patrząc pod tym kątem, chyba mi się udało. Nieznani czytelnicy piszą do mnie naprawdę miłe słowa. Rozpoznają się we fragmentach opowiadań, identyfikują się z bohaterami, jak w lustrze oglądają własne losy. Cieszy mnie wielki przedział wiekowy – od nastolatek po emerytów. Jedna z dziewczyn napisała mi po pierwszym spotkaniu: „Twoja książka przejechała się ze mną do Londynu. Skończyłam ją w pociągu dzisiaj. Nie przestawaj pisać! Czekam na Brukselę latem, wiosną, zimą. A później jeszcze za dnia i w nocy.” Ktoś inny napisał mi na Facebooku: „Jesteśmy z ciebie dumni! Boś ty nasza…” No i jak się nie uśmiechać, doznając tyle dowodów sympatii…

Dziękuję za rozmowę.

 

Książkę Agnieszki Korzeniewskiej pt. „Zabiorę Cię jesienią do Brukseli” można kupić w Księgarni Polskiej przy rue d’Angleterre 46 w Brukseli oraz w wybranych polskich sklepach, a także na stronie wydawnictwa Białe Pióro:

ksiegarnia.wydawnictwobialepioro.pl i w księgarniach internetowych:

www.gandalf.com.pl, www.empik.com.

 

Kontakt z autorką na blogu: laviolettee.blogspot.be i poprzez stronę na

Facebooku: Śliwkowa Czapeczka.

 

Najbliższe spotkanie autorskie odbędzie się w Warszawie 21 lutego 2015 r. w

kawiarnio-księgarni Tarabuk (dokładne informacje na blogu i na Facebooku).

 

 

Gazetka 138 – luty 2015

Nr 138 luty 2015
Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna

Halina Szołtysik: Niedawno wydała pani książkę pt. „Zabiorę Cię jesienią do Brukseli”, ale nie jest to pani pierwsze doświadczenie literackie – od kilku lat prowadzi pani bloga.

Agnieszka Korzeniewska: Powiedzmy sobie szczerze: nie jestem pisarką. Nie mam w tej dziedzinie żadnego doświadczenia. Jeśli mam o sobie mówić w kontekście pisania, wolę się nazywać osobą, która napisała książkę. Do instytucji pisarza podchodzę z wielką pokorą. Ja tylko rejestruję otaczającą mnie rzeczywistość. Od dziecka lubiłam zapisywać stany emocjonalne, postrzępione myśli. Z jednej strony jestem bardzo otwarta, pozytywnie nastawiona do ludzi, z drugiej – uwielbiam swoją pogodną, twórczą samotność i własny świat. Jestem wnikliwą podpatrywaczką codzienności i tę codzienność ubieram w słowa. Gdy nastała era internetu, funkcję dziennika przejął blog. Oczywiście nie jest aż tak osobisty jak pamiętnik, bo przecież nie wszystko jest na sprzedaż, ale bardzo szczery i autentyczny.

Jako blogerka narodziłam się kilka lat temu dzięki siostrzenicy, która znając moje zamiłowanie do pisania, powiedziała: „Założę ci bloga, to jest naprawdę coś, co pokochasz!” Bardzo szybko połknęłam bakcyla. Początkowo moje blogowanie było bardzo niedoskonałe, z czasem zaczęło nabierać konkretnego kształtu. Pojawili się pierwsi czytelnicy. Ze zdziwieniem zaczęłam zauważać, że ciągle ich przybywa, wracają, proszą o więcej. Ich bardzo osobiste wpisy dały mi przeświadczenie, że to, co robię, ma sens. Ludzie identyfikowali się z bohaterami moich opowieści, oglądali Brukselę i Podlasie moimi oczyma, znajdowali między wierszami odpowiedzi na własne pytania bądź też z kubkiem porannej kawy po prostu miło spędzali czas, odrywając się od codziennych kłopotów. W końcu środowe i piątkowe wpisy stały się naszym wspólnym małym rytuałem.

Przy okazji zrozumiałam pewną zaskakującą rzecz. Zawsze myślałam, że piszę głownie dla siebie i to mi wystarcza, ale dopiero interakcja z czytelnikami uświadomiła mi, jak ważny dla piszącego jest odbiorca. Nie ulega wątpliwości, że pisanie samo w sobie jest dla mnie wielką przyjemnością, ale gdyby nie było czytelników, można by je było porównać do picia najlepszego szampana do lustra…

A skąd pomysł na książkę?

Moi bliscy zachęcali mnie do tego od dawna, ale czasami najbliższym się nie dowierza. Podejrzewałam, że patrzą na mnie przez różowe okulary i nie są obiektywni. Dopiero gdy zaczęli mnie do tego nakłaniać obcy ludzie, czytelnicy mojego bloga, ta myśl zaczęła dojrzewać i w końcu się skrystalizowała.

Choć w książce jest wiele pani zdjęć, to tak naprawdę niewiele pisze pani o sobie…

Cóż, w książce jestem tylko przewodnikiem. Prowadzę czytelnika uliczkami Brukseli, piję z nim kawę, odwiedzam miejsca, których być może by nie poznał, przyjeżdżając tu na dzień czy dwa...

Moja belgijska przygoda zaczęła się ponad 20 lat temu dość banalnie. Pochodzę z Podlasia, jak wielu Polaków zamieszkujących Brukselę. Pierwszy raz przyjechałam tu z chłopakiem jeszcze jako studentka. Były lata 90. Studiowaliśmy zarządzanie na Uniwersytecie Gdańskim i jak większość młodych, marzyliśmy o lepszym życiu. Jednak wyjazd na Zachód nie był łatwy. Mur berliński – stał jeszcze murem. I nic nie zapowiadało, że kiedyś runie. Nikomu się jeszcze nie śniło, że podróżowanie po świecie stanie się takie łatwe i tanie. Istniały granice i aby wyjechać, potrzebna była wiza. Zdobyliśmy ją i wyjechaliśmy na tak zwany urlop dziekański. Nasz pobyt miał trwać rok, a przedłużył się o wiele lat… Jednak wróciliśmy do Polski – po to, by ją opuścić po raz drugi na dobre w 2004 roku. Od tamtego czasu żyjemy „w rozkroku” pomiędzy dwoma krajami, wrośnięci tak samo mocno w obie rzeczywistości: brukselską i podlaską, a konkretnie siemiatycką.

Do kogo adresowana jest pani książka?

Książka ma wiele warstw i dedykacji. To trochę nietypowy, sentymentalny przewodnik po Brukseli dla tych, którzy chcą ją odwiedzić bądź odświeżyć pamięć o miejscach i zabytkach. Doszły mnie słuchy, że w moich rodzinnych Siemiatyczach zaopatrzyli się już w nią uczestnicy wycieczki do Brukseli – członkowie Uniwersytetu Trzeciego Wieku. To bardzo sympatyczne! Przede wszystkim jest to jednak ukłon w stronę moich rodaków, nie tylko z Podlasia – zwykłych ludzi, o których nie pisze się na pierwszych stronach gazet, a którzy przetarli szlak do lepszego życia swoim dzieciom i wnukom. Tak mało się o nich mówi i pisze, a przecież stanowimy tu naprawdę potężną siłę. To w końcu opowieść o wartościach ogólnoludzkich: o tęsknocie emigracyjnej, wyobcowaniu, o potrzebie przynależności, miłości i akceptacji. Książka ta mimo nostalgicznego klimatu niesie w sobie optymistyczne przesłanie, że warto jest pokonywać przeszkody, podejmować trud, przekraczać własne ograniczenia. Właściwie każdy może tam znaleźć coś dla siebie. Można ją też czytać fragmentami, bo praktycznie każdy rozdział dotyczy innego tematu.

Pisze pani, że uwielbia Brukselę, tymczasem wiele osób tu mieszkających nie lubi tego miasta; emigranci skarżą się na brudne ulice i hałas, narzekają na pogodę. Jaka jest pani recepta na zakochanie się w tym miejscu?

Bruksela nie należy do miast, które powalają na kolana. W porównaniu z innymi stolicami świata wydała mi się początkowo bardzo prowincjonalna i mało przyjazna, choćby ze względu na klimat. To miasto wymaga cierpliwej uważności. Nie afiszuje się ono swoim przepychem, choć ma wiele do zaoferowania. Atmosferę Brukseli tworzą ludzie i zabytki. Skoro przyszło mi tu zostać na dłużej, postanowiłam jakoś rozprawić się z tą niechęcią do niej. W myśl zasady: jeśli nie możesz czegoś zmienić, polub to lub sam się zmień. Zaczęłam szperać w książkach i internecie, szukać ciekawostek na jej temat, wypytywać znajomych Belgów, wychodzić, spacerować, poznawać ludzi i miejsca. Nie spostrzegłam się nawet, kiedy wpadłam z tą miłością po uszy! Szybko przerodziła się w obsesję. Okazało się, że to miejsce przyjazne do życia, wspaniała baza wypadowa do innych stolic Europy, dobrze rozwiązana komunikacja, miasto kipiące zielenią, uczynni nieznajomi, tolerancja czasami posunięta aż do granic absurdu. Nie ma uniwersalnej recepty na rozkochanie się w Brukseli. Każdy musi znaleźć swój własny sposób, ale wszystkich, którzy przyjeżdżają tu z negatywnym nastawieniem, bo nasłuchali się złych opinii, proszę: dajcie sobie i Brukseli szansę!

Emigranci często pozostają w swoim gronie i mówią, że łatwiej nawiązać i utrzymać znajomość z osobą innej narodowości niż z Belgiem. Kontakty z Belgami, które pani opisuje w książce, wydają się to potwierdzać.

Trudno jest o jednoznaczną opinię… To prawda, opisuję w książce przyjaźnie z przedstawicielami innych narodowości, nie zawsze Belgami. Wynika to z tego, że jest tu bardzo dużo różnych nacji i „nie-Belga” spotyka się na każdym kroku. Jak ktoś powiedział: „W tym kraju wszyscy jesteśmy obcokrajowcami”. Ale przecież na przestrzeni lat tutaj spędzonych nawiązałam wiele pięknych, wręcz familijnych relacji z Belgami. Na początku może niezbyt wylewni, zyskują przy bliższym poznaniu. I jeśli cię polubią, są bardzo oddani.

Jednym ze stereotypów powielanych przez nas samych jest ten, że my, Polacy, też nie jesteśmy na co dzień zbyt solidarni względem siebie, serdeczni, że unikamy się nawzajem – o tym też pisałam w książce. Spotkałam wiele takich przypadków osobiście. Ale z drugiej strony to właśnie moi rodacy, często bezimienni, pomagali mi bezinteresownie w początkowo trudnej emigracyjnej rzeczywistości. To także przedstawiciele tak zwanej starej emigracji, którzy leczyli za darmo (większość z nas była wtedy „na czarno”), pomagali znaleźć pracę. Dlatego staram się nie powielać stereotypów na temat różnych narodowości, także Polaków i Belgów. Pracuję w międzynarodowej firmie. Z tego, co obserwuję, globalnie wszyscy jesteśmy dziećmi tej samej Ziemi i mamy dokładnie takie same potrzeby. Śmiejemy się z podobnych dowcipów, podobnie szukamy akceptacji, miłości, życzliwości, tak samo się kłócimy, tęsknimy. I tak samo podkładamy sobie świnie lub wyciągamy rękę na pomoc. Dużo się mówi o tym, że Polak Polakowi wilkiem, ale popatrzmy, ile wzajemnych niechęci generują antagonizmy narodowościowe w Belgii. Można by tak spierać się bez końca i powiem więcej, każdy miałby po trosze rację.

Jest już pani po pierwszych spotkaniach z czytelnikami – jakie są reakcje?

W najśmielszych marzeniach nie sądziłam, że książka trafi na tak podatny grunt, że wywoła tyle emocji, wspomnień… Tym bardziej że jej forma jest dość nietypowa. Ni to powieść, ni to przewodnik. Warto było ją napisać chociażby po to, by doznać tyle ludzkiej życzliwości. Tutaj obalam kolejny stereotyp, jakoby naszą narodową cechą była zazdrość czy zawiść. A może po prostu jestem wielką życiową szczęściarą? Praktycznie bez żadnych większych kampanii reklamowych pierwszy niewielki nakład rozszedł się jak ciepłe bułeczki. Są już nowe dodruki. Moja książka dzięki blogowej braci zawędrowała do Polonii amerykańskiej, kanadyjskiej, francuskiej, angielskiej… pozostawiając po sobie duży niedosyt. Spontanicznie organizowane przez moich przyjaciół tutaj i w Polsce wieczory autorskie dostarczają mi jako autorce wielu wzruszeń. Zaczynają reagować różne instytucje kulturalne, a nie zapominajmy, że książka dopiero co ukazała się na rynku. W najbliższym czasie odbędą się kolejne spotkania autorskie w Warszawie i na Podlasiu. Otrzymuję prośby o wywiady w polskiej prasie regionalne. Pojawiają się sygnały o potrzebie wydania w języku francuskim lub angielskim. Belgowie ciekawi są tego, jak wypadają w oczach kogoś z zewnątrz. To wszystko toczy się jakoś samo, poza mną… Bez udziału wiodących mediów, bez poważnych kampanii reklamowych – zwykłą pocztą pantoflową. Ludzie polecają mnie sobie nawzajem. Jestem taką osobą znikąd, nie piszę o rzeczach niezwykłych, nie naruszam tabu, nie budzę kontrowersji, być może nie jest to książka dla intelektualistów, a mimo to konsekwentnie podbija lokalny rynek i ludzkie serca. Dla mnie najważniejsze jest poruszanie czułych strun w ludziach, operowanie emocjami. I patrząc pod tym kątem, chyba mi się udało. Nieznani czytelnicy piszą do mnie naprawdę miłe słowa. Rozpoznają się we fragmentach opowiadań, identyfikują się z bohaterami, jak w lustrze oglądają własne losy. Cieszy mnie wielki przedział wiekowy – od nastolatek po emerytów. Jedna z dziewczyn napisała mi po pierwszym spotkaniu: „Twoja książka przejechała się ze mną do Londynu. Skończyłam ją w pociągu dzisiaj. Nie przestawaj pisać! Czekam na Brukselę latem, wiosną, zimą. A później jeszcze za dnia i w nocy.” Ktoś inny napisał mi na Facebooku: „Jesteśmy z ciebie dumni! Boś ty nasza…” No i jak się nie uśmiechać, doznając tyle dowodów sympatii…

Dziękuję za rozmowę.

 

Książkę Agnieszki Korzeniewskiej pt. „Zabiorę Cię jesienią do Brukseli” można kupić w Księgarni Polskiej przy rue d’Angleterre 46 w Brukseli oraz w wybranych polskich sklepach, a także na stronie wydawnictwa Białe Pióro:

ksiegarnia.wydawnictwobialepioro.pl i w księgarniach internetowych:

www.gandalf.com.pl, www.empik.com.

 

Kontakt z autorką na blogu: laviolettee.blogspot.be i poprzez stronę na

Facebooku: Śliwkowa Czapeczka.

 

Najbliższe spotkanie autorskie odbędzie się w Warszawie 21 lutego 2015 r. w

kawiarnio-księgarni Tarabuk (dokładne informacje na blogu i na Facebooku).

 

 

Gazetka 138 – luty 2015

Nr 138 luty 2015
Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna

21 lutego swoje święto obchodzi polszczyzna – i inne języki ojczyste. Na co dzień chyba nie doceniamy naszej rodzimej mowy i możliwości posługiwania się nią. A jest co doceniać, bo być może już wkrótce niektóre z owych języków odejdą w niepamięć, n.in. przez zaniedbanie posługiwania się nimi. Pomimo że na świecie funkcjonuje dzisiaj ok. 6–7 tys. języków ojczystych, to tak naprawdę aż połowa z nich w nadchodzących dekadach zagrożona jest wyginięciem. Dzieje się tak z powodu zbyt małej liczby użytkowników danego języka, istnienia tylko jego wersji mówionej (a nie pisanej) i braku nacisku na edukację kolejnych pokoleń. Od połowy XX wieku na świecie zaniknęło aż 250 języków – ile pożegnamy w XXI wieku, nie wiadomo. Te najbardziej zagrożone językoznawcy mają od dłuższego czasu pod lupą, ale czy uda się ochronić chociażby cząstkowo mowę Aborygenów, niektórych plemion indiańskich, indyjskich czy afrykańskich – czas pokaże…

Gdyby popatrzeć na mapę świata pod kątem języków, tak naprawdę kolorystyka główna ograniczyłaby się do kilkudziesięciu barw. Aż dwa języki zajęłyby prawie połowę powierzchni – angielski, którym posługuje się ok. 1,7 mld ludzi, oraz chiński (mandaryński), którego używa ok. 1,3 mld ludzi. Pozostałe języki dominujące odzwierciedlają przeludnienie (np. hindi lub urdu) oraz sytuację polityczną (np. arabski, rosyjski) globu. Popularność niektórych z nich jest oczywiście pochodną wydarzeń historycznych, takich jak kolonizacja czy posiadanie przez dane państwo terytoriów zależnych – można tutaj wspomnieć choćby hiszpański i francuski. Jeden z języków z pierwszej dziesiątki zasługuje 21 lutego na szczególną uwagę, bo to dzięki niemu obchodzony jest Międzynarodowy Dzień Języka Ojczystego. Chodzi o bengalski, którego używa blisko 200 mln ludzi na świecie. Wspomnianego dnia 1952 roku w Bangladeszu zginęło kilku studentów, którzy chcieli nadać swojemu językowi status urzędowy.

O walce o język ojczysty my, Polacy, też co nieco możemy powiedzieć. Już Rej podkreślał, że nie gęsi, lecz swój język mamy, ale niejednokrotnie musieliśmy udowadniać, że siła narodu tkwi właśnie w języku. Słynne 123 lata niewoli, w której nie poddaliśmy się ani germanizacji, ani rusyfikacji, doskonale świadczą o tym, jak wielkim nośnikiem kultury jest mowa ojczysta. Wszelka dbałość o jej przekazanie, utrwalanie, ale także jej czystość jest wskazana nie tylko w czasach niewoli czy zagrożeń wojennych.

Współcześnie być może jeszcze bardziej powinniśmy dbać o swoją rodzimą mowę. Mimo że nikt nie zakazuje nam się w niej porozumiewać, sami ją modyfikujemy o elementy niekoniecznie służące jej rozwojowi. Tak jak kiedyś makaronizmy czy wtręty francuskie lub rosyjskie kształtowały bogactwo języka polskiego, tak dzisiaj język angielski ma wpływ na naszą codzienną komunikację. Niestety, bardzo rzadko używamy polskich odpowiedników czy spolszczeń angielskich wyrażeń – z reguły wstawiamy angielski wyraz w polską konstrukcję zdania. Prócz angielskiego mamy jeszcze i inne zagrożenie dla naszego ojczystego języka – słownictwo technologiczne. O ile z jednej strony jest ono wygodne w dobie globalizacji, bo w większości zakątków świata można posługiwać się tym samym nazewnictwem, o tyle z drugiej strony prowadzi do ubożenia języków, bo koncentruje się na ich czysto praktycznej funkcji. Tymczasem język prócz swej roli komunikacyjnej powinien też grać rolę kulturową i tożsamościową, być nośnikiem piękna, indywidualizmu, idei. Język uproszczony, mechaniczny, coraz mniej dynamiczny i ekspresywny w formie grozi utratą tych wszystkich ról, dzięki którym naród polski przetrwał. Ale oczywiście nie mówimy tylko o polszczyźnie, bo jej w najbliższym stuleciu wyginięcie nie grozi – używa jej na co dzień ponad 40 mln osób, a dodatkowo prawie 10 mln zna ją na różnym poziomie, co daje nam w klasyfikacji światowej zaszczytne 26. miejsce pod względem liczby mówiących. W samej Unii Europejskiej po polsku mówi aż 10 proc. jej wszystkich obywateli.

21 lutego szczególna uwaga mediów i władz powinna się skupić na językach niemających swojego pisanego odpowiednika i którymi mówi bardzo mało osób (często dlatego, że niewielu młodych chce używać swojej rdzennej mowy). Nacisk warto położyć na edukację i podręczniki, które stałyby się śladem języków, jeśli faktycznie miałoby dojść do ich wyniszczenia. My sami też możemy poświęcić 21 lutego trochę uwagi własnym słowom. Spróbujmy tego dnia zbadać jakość swojej codziennej mowy i mowy osób z naszego otoczenia – spróbujmy mówić bez zagranicznych wtrętów, pełnymi zdaniami, bez skrótów. Zwróćmy uwagę na to, w jaki sposób mówią nasze dzieci. Od lutego 2012 roku przeprowadzana jest na szeroką skalę kampania „Ojczysty – dodaj do ulubionych”, która ma przypomnieć nam o bogactwie polskiego, podnosić naszą świadomość językową, wskazać na to, że każdy z nas dzięki językowi jest twórcą i modelatorem słów, wyrażeń, zdań, myśli, idei… Warto się w tę akcję włączyć – jeśli nie czynnie, to chociaż poprzez kilkuminutową analizę własnego podwórka językowego.

 

Ewelina Wolna

Gazetka 138 – luty 2015

Kalendarz

6 Kwi
FLORALIES – WYSTAWA KWIATÓW
06.04.2019 - 05.05.2019
8 Kwi
WYSTAWA BRUEGEL – UNSEEN MASTERPIECES
08.04.2019 - 30.06.2019
8 Kwi
WYSTAWA COMPRENDRE LA BELGIQUE
08.04.2019 - 30.06.2019
19 Kwi
ORANŻERIE KRÓLEWSKIE
19.04.2019 - 10.05.2019
20 Kwi
PLANETARIUM DLA DZIECI
20.04.2019 - 17.07.2019
24 Kwi
BALKAN TRAFIK FESTIVAL
24.04.2019 - 28.04.2019
24 Kwi
LES NUITS BOTANIQUE
24.04.2019 - 05.05.2019
25 Kwi
ART BRUSSELS
25.04.2019 - 28.04.2019
26 Kwi
I LOVE SCIENCE FESTIVAL
26.04.2019 - 28.04.2019
1 Maj
FÊTE DE L'IRIS
01.05.2019 - 05.05.2019
1 Maj
150 LAT TRAMWAJU BRUKSELSKIEGO
01.05.2019 - 05.05.2019

Współpraca

Statystyki

Użytkowników:
1788
Artykułów:
2767
Odsłon artykułów:
12936843

Licznik odwiedzin

9817357
DzisiajDzisiaj684
WczorajWczoraj514
Ten tydzieńTen tydzień1210
Ten miesiącTen miesiąc1345
Wszystkie dniWszystkie dni9817357
Zalogowani użytkownicy 0
Goście 16