TROLL, JAKI JEST, KAŻDY WIDZI, CZYLI CO SIĘ CZAI W INTERNECIE

PDFDrukujEmail

Artykuły miesiąca - Nr 159 marzec 2017

Самые новые шаблоны Joomla на нашем сайте.
Красивые Шаблоны Joomla 2.5
Игровые шаблоны DLE
Самая быстрая Диета

Dawno, dawno temu był sobie pewien troll. Mieszkał bezpiecznie i schludnie, wiedział wszystko o wszystkich, ale sam był bardzo samotny. Jego nikt nie znał, nikt go nie lubił i wiele osób się go bało. Ktoś inny pewnie byłby smutny i zły, ale troll zupełnie się tym nie przejmował. Bardzo lubił siedzieć sam przed błyskającym ekranem komputera i z szelmowskim uśmieszkiem sprawiać wszystkim dookoła wiele przykrości…

Taki scenariusz nie jest jednak czymś, co można przeczytać w bajkach ze szczęśliwym zakończeniem. Niestety trolle zaczynają pojawiać się w internecie i z każdym miesiącem działać bardziej aktywnie, siejąc niemały zamęt na forach i portalach.

OTO JEST TROLL

Według definicji trolle to osoby, które na portalach społecznościowych i forach dyskusyjnych zajmują się prowokowaniem agresywnych zachowań. Obrażają, wyśmiewają i negatywnie oceniają innych uczestników dyskusji, bardzo często bez wyraźnego powodu czy celu. Zdarza się jednak i tak, że trolle należą do konkretnej grupy – na przykład kibiców określonej drużyny piłkarskiej – i starają się swoim działaniem ośmieszyć inną grupę.

„Trollowanie” (ang. trolling) to określenie sztuczki wędkarskiej polegającej na zarzuceniu błystki i drażnieniu ryb do momentu, aż któraś nie wytrzyma i zaatakuje. A wtedy wiadomo – haczyk zaciągnięty i już można delektować się zdobyczą. Mimo że hejterzy działają w bardzo podobny sposób, to daleko im do jowialnych amatorów szczupaka. Jeśli myślicie, że ludzie, którzy wymachują szabelką w internecie, to zawsze grubi, ubrani w siatkową koszulkę typu „rambo”, sfrustrowani amatorzy gier wideo, jesteście w dużym błędzie. Badania pokazały, że w grupie hejterów znaleźć można i wykształconych dyrektorów banków, i polityków; nie brak tam młodzieży, zdarzają się uporządkowane panie domu i wspaniali ojcowie. Można powiedzieć, że w każdym z nas mieszka wielki, zielony, ośliniony stwór plujący jadem, ale nie każdy pozwala mu się pokazać.

Internet, dzięki poczuciu pozornej anonimowości, prowokuje niektórych do pokazania ciemnej strony. Trolle są w pozainternetowej rzeczywistości bardzo często przyjacielscy i uprzejmi, ale kiedy wchodzą w tryb online, zmieniają się w bestie. Zdaniem naukowców dzieje się tak, ponieważ w „realu” nie są oni w stanie wyrażać stanowczych opinii – czasem nie mają ku temu możliwości albo zwyczajnie są nieśmiali, w sieci zaś mogą bez ujawniania swoich twarzy opluwać wszystkich i wszystko, prowokować małe wojny i ubliżać sobie wzajemnie. Jak wynika z badań i doświadczenia, trolle uważają, że każda udana akcja to sukces, który daje im w pewien sposób odczuć satysfakcję bycia „u władzy”. Bawią się w reżysera; ustawiają pionki, rozdają karty i jednym zdaniem potrafią rozniecić internetową burzę. Rozkoszują się tymi małymi zwycięstwami i w zaciszu swoich norek wdzięcznie chichoczą, popijając soczek.

UDERZ W STÓŁ, A TROLLE SIĘ ODEZWĄ

Odwiedzenie zupełnie przypadkowych grup czy for internetowych pozwala zobaczyć, że nie ma takiego miejsca, gdzie trolle nie wściubiłyby swojego zielonego nosa. Ani miłośnicy kucyków pony, ani zwolennicy PiS-u nie są bezpieczni – nie mogą się odprężyć, słuchając nagrań ptaków czy przemówień papieża, ponieważ „na każdym miejscu i o każdej dobie” trolle są gotowe do akcji. Nie ma dla nich znaczenia, czy dyskusja, do której dołączają, dotyczy klocków lego czy najnowszej reformy szkolnictwa. Chodzi im tylko o to, by wywołać ferment. Później przyglądają się spokojnie, jak inni, nawet spokojnie uczestniczący w dyskusji fani „Troskliwych misiów”, skaczą sobie do gardeł.

Najciekawsze jest to, że troll działa najczęściej w bardzo widoczny i oczywisty sposób, a mimo to ludzie ciągle dają się podpuszczać i prowokować. Jakoś nie potrafimy zignorować i przemilczeć czyjegoś agresywnego czy awanturniczego zachowania. Zawsze znajdzie się ktoś, kto na początku zwykle uprzejmie odpowiada trollowi, by potem, obrzucony błotem, odpowiedzieć mu grubym słowem. Trolle nie czekają na tematy polityczne, religijne; nie zawsze chcą dołączyć do dyskusji o tym, że w ZUS-ie „to, panie, sami złodzieje”. Sami wymyślają tematy, moderują rozmowę i nią sterują, przez co mogą zaczynać wszędzie i wszędzie skończyć. I to właśnie czyni ich groźnymi – dla większości ludzi rozmowa tocząca się pod filmem o leniwcu przytulającym kota nie ma prawa wyrwać się spod kontroli i zamienić w internetową rzeź, ale dla trolla to doskonała okazja, żeby chlusnąć komuś wiadrem pomyj w twarz.

TROLLA ZATRUDNIĘ OD ZARAZ!

Od niedawna można nawet chlustać i pluć na siebie za pieniądze, bo jak się okazuje, na przykład partie polityczne rekrutują trolli do prowokowania swoich przeciwników. Tacy najemnicy nie tylko hejtują tę czy inną stronę, ale też zmyślają najróżniejsze historie, by jeszcze bardziej rozzłościć i zdyskredytować przeciwnika. Zorganizowane grupy komentują i rozprzestrzeniają w internecie określone treści (które bardzo często nie mają nic wspólnego z rzeczywistością), a potem dostają za swoją pracę dość dobre, jak na włożony wysiłek, wynagrodzenie.

Niedawno okazało się, że przed wyborami prezydenckimi w Stanach Zjednoczonych opłacane hordy trollowały strony internetowe, które zrzeszały zwolenników Hillary Clinton. Użytkownicy nie tylko mieli obrażać osoby ją popierające, ale też rozpowszechniać fałszywe informacje dotyczące jej przeszłości, kampanii i życia rodzinnego. Jak się okazało, ich działanie okazało się bardzo skuteczne.

Pomysł z wynajmowaniem trolli jest według mnie reakcją na rozszerzającą się globalną wioskę. Wiadomości w internecie rozprzestrzeniają się w zawrotnym tempie; szum informacyjny jest tak ogromny, że ludzie zwyczajnie nie mają czasu na weryfikację informacji, a to tylko pomaga trollom. Specjaliści od PR gimnastykują się, dobierając politykom garnitury, krawaty i broszki, a trolle tymczasem obrzucają wszystkich dookoła mięsem – i interes się kręci.

TROLL NA WOJENNEJ ŚCIEŻCE

Szczęśliwie dla wszystkich zimna wojna skończyła się oficjalnie już ponad ćwierć wieku temu, ale nieoficjalnie przepychanki na linii Wschód-Zachód trwają w najlepsze. Ostatnio – w związku z zamieszaniem wokół wyborów prezydenckich w USA – na jaw wyszły zaskakujące i przerażające fakty dotyczące skali wykorzystania trolli internetowych, robotów i nieprawdziwych informacji w walce o fotel w Gabinecie Owalnym. Sztaby Clinton i Trumpa spamowały i hejtowały się wzajemnie, starając się za wszelką cenę przyciągnąć do siebie elektorat. Jak wiadomo, ostatecznie wygrał kandydat Partii Republikańskiej, ale nie sam. Według informacji tajnych służb z pomocą przyszli mu trolle, których opłacał Kreml. Oczywiście sprawa jest mętna i żadna ze stron nie daje po sobie niczego poznać, ale jednak jakoś trudno uwierzyć, że nie ma w tym wszystkim ziarenka prawdy. Hejt i liczba nieprawdziwych informacji rozsiewanych w sieci na temat Hillary Clinton były tak ogromne, że chyba tylko nieliczni wierzą, iż był to jedynie efekt dobrej zabawy podpitych studentów zapatrzonych w Donalda Trumpa.

Wiadomo nie od dziś, że światowe potęgi wykorzystują siłę internetu dla własnych celów, Rosja nie jest tu wyjątkiem. Jednak ostatnie działania trolli w sprawie Ukrainy, Syrii i USA pokazują, że w sieci toczy się prawdziwa wojna, w której udział bierzemy właściwie my wszyscy. W jaki sposób – już tłumaczę! Wchodzisz na Facebook, widzisz zdjęcie chłopaka stojącego z plecakiem na tle zburzonego bloku, pod nim opis – na przykład coś o uchodźcach. Rozwijasz komentarze, widzisz jeden, który cię zdenerwował, piszesz odpowiedź, zaczyna się wymiana zdań, jesteś coraz bardziej wściekły. Zaczynasz rzucać inwektywy, udostępniasz post, znajomi dołączają do bójki, w której udział biorą też wyszkoleni trolle. Robi się kocioł, wieść się niesie, wojenka trwa. Wystarczy naprawdę niewiele, żeby wywołać burzę w szklance wody. Post, od którego wszystko się zaczęło, może być od A do Z zmyślony, zdjęcie wzięte z profilu jakiegoś podróżnika, ale to już nieważne, bo machina ruszyła i działa w najlepsze.

Wydaje się nam, że w internecie jesteśmy anonimowi, nie mamy twarzy, przeszłości i nie można nas znaleźć. Ten komfort wyzwala w nas najdziksze i najbardziej obrzydliwe instynkty, które robią z nas sieciowych psychopatów. Trolle uwielbiają dominować, kopać leżącego, pluć jadem i kąsać – im więcej błota, tym lepiej. Przez takich użytkowników internet staje się powoli nawet nie dżunglą, ale areną dla gladiatorów, którzy za jakiś mieszek rzucony z areny będą w siebie i w innych celować dzidą. Najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że takie grupy – opłacane bądź nie – niszczą kulturę w internecie. Miejsce, które ma być pomocą, medium łączącym odległe krańce świata, zaczyna przypominać tani bar, w którym można oberwać „za wygląd”. Nie będę nikogo umoralniać, bo nie o to chodzi, ale zanim wyciągniesz spod stołu wiadro z jadem i chlapniesz nim komuś w twarz, pomyśl, że po drugiej stronie kabla siedzi człowiek – może ktoś starszy, może ktoś, kogo znasz; ktoś, kto nie zasługuje na to, żeby jakiś zielony, ociekający śluzem drab mieszał go z błotem.

 

Anna Albingier

Gazetka 159 – marzec 2017

WYDARZENIA


REKLAMA

PARTNERZY



WSPÓŁPRACA



Łączna liczba odwiedzin

Aktualnie on-line: