LECĄ WIÓRY, LECĄ

PDFDrukujEmail

Artykuły miesiąca - Nr 160 kwiecień 2017

Самые новые шаблоны Joomla на нашем сайте.
Красивые Шаблоны Joomla 2.5
Игровые шаблоны DLE
Самая быстрая Диета

Dobrą zmianę w ostatnich miesiącach zobaczyło nie tylko polskie społeczeństwo, ale i polska przyroda. Szczególnie drzewa, które były niewygodne dla swoich właścicieli, które psuły widok lub plany inwestycyjne… Mimo że zmiana ustawy o ochronie przyrody weszła w życie z początkiem roku, to w praktyce w przeciągu kilku dni nabrała takiego rozpędu, że aż żal patrzeć na ogołocone z zieleni tereny. Przez kilka tygodni w całej Polsce drzewa padały jak zapałki. Od rana do wieczora można było słyszeć magnetyzujący dźwięk pił mechanicznych, pozbawiających nas (i naszych potomków) wielu sędziwych okazów, które nie tylko mogły cieszyć oko i być domem dla wielu stworzeń, ale także mogły być naturalnym, najtańszym, najbardziej właściwym środkiem w nierównej dziś walce, którą Polska toczy – ze smogiem.

RZEŹ W OGRÓDKU

Mieszkam w niewielkiej dzielnicy jednego ze średnich polskich miast. Zwarta zabudowa domków jednorodzinnych powoduje, że sąsiad sąsiadowi w okno zagląda. O żadnych celach gospodarczych nie może być tu mowy. Każdy w ogródku ma jakiś krzaczek, jakieś drzewko, każdy dba z ogrodniczą zaciętością o swoje parę arów. Gdy jednak w bieżącym roku mrozy już popuściły, a władza zaczęła straszyć nowelizacją ustawy pozwalającej na wycinkową samowolkę (czyli jej blokadą), większość sąsiadów zabrała się do morderczej – dosłownie – pracy. W ruch poszły topory, siekiery, piły łańcuchowe, od rana do wieczora można było słyszeć trzask suchych gałęzi, rżnięte pnie, wyrywane konary. Jako że moja działka jest gęsto zadrzewiona z trzech stron, nie obyło się bez życzliwych rad. „Trzeba korzystać, szybko, wycinajcie wszystko w pień, będziecie mieć spokój!”, „A po co wam taki wielki orzech w tym rogu, wyciąć go!”, „Te brzózki to w końcu zlikwidujcie, tylko się przez płot pochylają, jak wieje, a i liści z tego…”.

Posiadanie zadrzewionej działki w pewnym sensie jest problematyczne – trzeba grabić opadające liście, systematycznie podcinać gałęzie, uważać na wichury i wrażliwych sąsiadów. Plusów – poza tymi globalnymi – jest jednak o niebo więcej. Drzewa cieszą oko, chronią przed natrętnym wzrokiem z naprzeciwka, są domem dla wiewiórek, kosów, wróbli, jeży i robaczków. Wiadomo, że czasem coś musimy wyciąć – drzewo uschnie, jest chore, stanowi zagrożenie dla zbyt blisko położonego budynku czy drogi, itd. Wcześniej wysyłaliśmy do urzędu pismo z listą drzew wymagających pozwolenia do wycięcia, przyjeżdżał pracownik urzędu na wizję i po sporządzeniu fachowej dokumentacji, w tym zdjęć, podejmowano decyzję – pozwolić usunąć dane drzewo czy krzew lub nie. Deklarowaliśmy także zasadzenie innego drzewa lub krzewu w zamian wyciętego. Teraz możemy wyciąć wszystko dosłownie w pień, nieważne, że większość z naszych drzew ma po kilkanaście czy kilkadziesiąt lat. Takie więc „życzliwe” podejście sąsiadów, by na swoim podwórku jak najwięcej dobrej przecież zieleni zlikwidować, zdenerwowało mnie. I wtedy, po kilku już dniach intensywnych prac prawie wszystkich wokoło, okazało się, że w Polsce, w całej Polsce, dokonuje się o wiele gorsza masakra piłą mechaniczną niż ta w przydomowych ogródkach…

MASOWA WYCINKA WZDŁUŻ I WSZERZ

Oto bowiem cała Polska rżnęła (piszę w czasie przeszłym, mając nadzieję, że w momencie publikacji tego tekstu w życie wejdzie już zapowiadana nowelizacja katastrofalnej w skutki ustawy). Nie tylko na własnym podwórku, ale i na działkach, które były dobrem wspólnym, dobrem natury, dobrem miejskim, wiejskim, kulturowym… Wystarczyło posiadać prywatną własność terenu i można było ciąć bez opamiętania. I tak cięto. Ogołocono z zieleni wiele centrów miast, wiele miejskich „płuc”, wiele zielonych perełek w infrastrukturze turystycznej i gospodarczej.

Wizytówką samowoli było zdjęcie ulicy Nowogrodzkiej w Warszawie, gdzie sprzed urzędu wycięto wszystkie drzewa. Stołecznych wycinek było multum; leciały wiekowe dęby, powalono giganta w Parku Skaryszewskim, w każdej dzielnicy odnotowano liczne wycinki już i tak osamotnionych drzew, a tereny podmiejskie sukcesywnie ogołacano z całych połaci zieleni. W Łebie na prywatnej działce wycięto 4 hektary lasu, który był – pomimo obowiązującej ustawy – klasyfikowany jako teren chroniony bądź przylegający do chronionego (Natura 2000). W Krakowie bez zezwolenia od początku roku wycięto ponad 1000 drzew, w Toruniu wiele drzew zniknęło m.in. z ulicy Moniuszki, we Wrocławiu – m.in. z wałów nad Odrą, w Radomiu z Parku Kościuszki. W Sanoku powalono 40-letnie świerki, w Szczecinie ogołocono działkę przy ulicy Strzeleckiej, w Ostrołęce pozbawiono otoczenia topoli, olszy i wiązów Mauzoleum bitwy pod Ostrołęką z 1831 r.

Często tłumaczy się, że były to uzasadnione i konieczne wycinki, jak te w Puszczy Białowieskiej, dotyczące 90-letnich dębów, czy planowane od dłuższego czasu wycinki w Kartuzach, związane z projektem rewitalizacji rynku, konsultowane z ekspertami od planowania przestrzennego. Większość incydentów nie ma jednak zbyt wiele wspólnego z prawem – poza nową wersją ustawy o ochronie przyrody. Na mapie opracowanej przez Polaków na platformie internetowej TVN widzimy, że wycina się dosłownie wszędzie – od Białegostoku po Świnoujście, od Rzeszowa po Gdynię, od Lublina po Zieloną Górę. Cięto przecież zawsze, ale nigdy jeszcze w takim tempie, w tak krótkim czasie, na tak wielką skalę i w tak ważnych dla Polaków miejscach. I przede wszystkim – nie tak powszechnie.

LEX SZYSZKO, CZYLI SIEKIEREZADA W PARAGRAFACH

Lex Szyszko – tak zdenerwowani internauci zwykli nazywać liberalizację ustawy o ochronie przyrody, zaakceptowaną przez władze 19 grudnia ub.r., która zmieniała dotychczasowe warunki wycinek drzew i krzewów na terenach prywatnych. Tym sposobem od 1 stycznia 2017 r. można wycinać drzewa na prywatnej posesji bez zezwolenia, pod warunkiem że ich usunięcie nie będzie powodowane działalnością gospodarczą. Kluczowa w procederze była rola ministra środowiska Jana Szyszki. Gminy miały mieć prawo stanowienia warunków usuwania drzew i krzewów na swoim terenie, określono także wytyczne dla samorządów, w tym takie kryteria, jak gatunek drzewa, jego wiek, wpis do rejestru zabytków, wycinka związana z prowadzeniem działalności gospodarczej. Zgłoszenia w urzędzie wymagałyby tylko te drzewa, które są pomnikami przyrody i stoją na obszarze chronionym. Obniżeniu uległy koszty wycinek. Ograniczono również kary za wycinki drzew i krzewów bez pozwolenia.

W teorii nowe zapisy miały służyć przeciętnemu obywatelowi, który wzmocniłby prawo do dowolnego gospodarowania własną nieruchomością i nie musiał wystosowywać oficjalnych pism i wniosków w sprawie każdego krzewu i drzewa na swoim terenie (choć i tak zazwyczaj rozpatrywano je pozytywnie). Praktyka jednak pokazała coś zupełnie innego – wzmożona wycinka nie dotyczyła tylko działek mieszkalnych, ale przede wszystkim terenów śródmiejskich w dużych aglomeracjach. O ochronie środowiska i o fatalnym wpływie na polską przyrodę, w tym także na polskie powietrze, takiej masowej wycinki w ogóle w szerszym kontekście nie rozmawiano. A jest to jedno z największych zagrożeń, które niesie zmiana prawa na korzyść właściciela posesji.

Masowe wycinki wzbudziły protesty nie tylko wśród obywateli, ale i wśród rządzących, w związku z czym planowana jest ponowna nowelizacja wspomnianej ustawy. 3 marca do Sejmu wpłynął jej projekt (w momencie opracowywania artykułu jeszcze go nie rozpatrzono na forum parlamentarnym). Tym razem do dotychczasowych zapisów dodano jeszcze jeden, ograniczający odsprzedaż wyciętego w pień terenu na cele komercyjne w przeciągu pięciu lat. Zakładane są także kary administracyjne dla osób niewywiązujących się z tego nakazu. Według ekologów takie rozwiązanie nic nie da – faktyczna, fachowa i rzetelna nowelizacja powinna być dokładnie skonsultowana nie tylko z ekspertami (ekologami, przyrodnikami, specjalistami od planowania przestrzennego), prawnikami, ale także z opinią publiczną. Ta, jak na razie, z masowej wycinki zadowolona zbytnio nie jest.

WOLNOĆ, TOMKU?

Choć z drugiej strony… Wielu obywateli złości się, że państwo zbyt ingeruje w prywatność. Za taką ingerencję uważano nakaz zezwoleń na wycinki drzew i krzewów, bo przecież skoro sam zasadziłem, dlaczego sam nie mogę wyciąć? Lub skoro zapłaciłem za teren, dlaczego nie mogę na nim robić tego, co chcę? Sprawa zadrzewienia terenu nie jest jednak tylko prywatną sprawą właściciela. W porównaniu z krajami Unii Europejskiej Polska i tak ma bardzo mały wskaźnik drzew na kilometr kwadratowy.

A drzewa są potrzebne. W dobie tak bardzo zanieczyszczonego powietrza w Polsce lekkomyślnością wydaje się wycofanie zezwoleń na wycinkę drzew. Oto bowiem drzewa oczyszczają powietrze, w tym także z pyłów zawieszonych PM 2,5 oraz PM 10, które są sprawcami smogu w wielu miastach Polski. Co ważne, dużo lepsze funkcje oczyszczające posiadają drzewa starsze, dlatego ich masowa wycinka z terenów miejskich zakrawa na skrajną głupotę. Na drzewach żyją ptaki, dlatego też od 1 marca do 15 października obowiązuje drzewa tzw. ochrona gatunkowa, wymagająca zezwolenia na wycinkę drzew, na których gniazdują ptaki. W praktyce jednak trudno będzie komukolwiek udowodnić, że na wyciętym drzewie zamieszkiwały jakieś stworzenia. Innym sposobem mogącym ograniczyć wycinkę jest wpisywanie drzew do rejestru zabytków.

Jednak żadne fortele nie uchronią drzew tak skutecznie, jak z jednej strony dobre prawo, a z drugiej – mądrzy obywatele. A oni dzisiaj są drzewom nieprzychylni, ponieważ nie ma w Polsce rzetelnej edukacji ekologicznej, która podnosiłaby świadomość znaczenia zieleni w naszym codziennym życiu. Zwykliśmy drzewa postrzegać jako przeszkody, zawalidrogi, niechciane elementy w przestrzeni ulicznej, chodnikowej, nawet cmentarnej i w wielu, wielu innych miejscach. Sprawcami masowych wycinek nie są bowiem jacyś tajemniczy „oni” przybyli nie wiadomo skąd, ale przede wszystkim nieedukowani przez lata obywatele. Prawo w dzisiejszym wydaniu niestety im sprzyja.

 

Ewelina Wolna-Olczak

 

Gazetka 160 – kwiecień 2017

 

WYDARZENIA


REKLAMA

PARTNERZY



WSPÓŁPRACA



Łączna liczba odwiedzin

Aktualnie on-line: