Rozmowa z Ireną Santor

PDFDrukujEmail

Artykuły miesiąca - Nr 161 maj 2017

Самые новые шаблоны Joomla на нашем сайте.
Красивые Шаблоны Joomla 2.5
Игровые шаблоны DLE
Самая быстрая Диета

IRENA SANTOR: NIGDY NIE ŚPIEWAŁAM I NIE ŚPIEWAM WEDŁUG CZYJEJŚ ESTETYKI I SCHEMATÓW

Ponad 50 lat na scenie, szacunek i wierność słuchaczy, zero skandali, żadnej internetowej autopromocji i przykuwania uwagi byle czym. Kariera Ireny Santor pokazuje, że można zdobyć serce publiczności talentem, osobowością, wytrwałością, życzliwością. I na tę właśnie publiczność pod koniec maja czekać będzie nowe wydawnictwo sygnowane nazwiskiem artystki: druga część antologii. Z Ireną Santor rozmawia Filip Cuprych.

Kilka lat temu w którymś z wywiadów powiedziała pani: „Głos i talent nie jest tylko naszą własnością”. Czy nie oznacza to w takim razie, że artysta staje się w pewnym sensie „niewolnikiem”, że musi być dyspozycyjny i gotowy do dzielenia się głosem i talentem, kiedy tylko publiczność sobie tego zażyczy?

Rzeczywiście, artysta jest w pewnym sensie „niewolnikiem” tego, co dostał od natury. Musi ten dar nieustannie kształcić, doprowadzać do perfekcji. Przy czym mówimy o technice śpiewania, wydobywania głosu z siebie. Inną sprawą jest interpretacja tego, o czym śpiewamy, bo to już zależy od nas samych, od naszej inteligencji i wrażliwości. Ja to „niewolnictwo” uważam za wspaniałe, bo każdy z nas otrzymuje jakiś dar. Jeden lepiej pisze, inny lepiej maluje, jeszcze inny robi lepsze buty. Każdy zawód wymaga rzetelności duchowej i osobistej, moralnej. Od tego zależy, czy nasz – brzydko mówiąc – produkt jest lepszy czy gorszy.

A skoro jesteśmy przy głosie… Wszyscy chyba znamy piosenkę „Powrócisz tu”, której pani wcale nie chciała zaśpiewać, bo nie pasowała do pani głosu, była zbyt szorstka.

To prawda. Tak mi się wtedy wydawało. Śpiewałam przecież piosenki liryczne, łagodne. Może to także wynikało z wygody (śmiech), bo chyba nie za specjalnie chciało mi się popracować nad tym, co w sobie nosiłam i noszę. Ale, szczęśliwie, kompozytor się uparł, zmusił mnie do tego, żeby popracować nad inną techniką śpiewania i żeby zaśpiewać inaczej – a nie tylko to, co jest miłe, łagodne, lekkie i wygodne do zaśpiewania. Jestem Piotrowi Figlowi niezmiernie za to wdzięczna.

I do dzisiaj nagrała ją pani kilka razy, w tym na płycie „Duety”.

Wydało mi się, że to piosenka, którą mogą śpiewać pokolenia. To jest piosenka dla wszystkich, lakonicznie ujmując. Możliwości jej interpretacji są wręcz nieskończone.

Muszę spytać o utrzymanie głosu. Barbra Streisand mówi, że nie ćwiczy, nie bawi się w skale, nie nuci, nie śpiewa w domu; że ten głos po prostu jest. Czy pani ćwiczy swój głos? Przecież nawet Tadeusz Sygietyński zabraniał pani chodzić na lekcje śpiewu?

Nie chcę się z nikim porównywać, ale chyba tu akurat jesteśmy z Barbrą podobne (śmiech). Zwłaszcza jeśli chodzi o pojmowanie techniki śpiewania. Gdyby ona uczyła się klasycznego śpiewania, gdyby podlegała rygorom klasycznej techniki, to nie byłaby Barbrą Streisand. Ona śpiewa swoją mentalnością, sobą całą. Nie musi używać żadnych pomocy technicznych, żeby ten swój przepastny, wielki głos oprawiać w jakieś ramki. Doskonale wie, jak się śpiewa, jak się akcentuje dźwięk; nie musi się rozśpiewywać. Wie, co chce zaśpiewać i jak to zrobić. Jej głos brzmi charakterystycznie, co jest wielką wartością piosenkarza. Piosenkarze, w odróżnieniu od klasycznych śpiewaków, mają tę wyższość i to prawo, by interpretować materiał, jaki dostają. Właśnie przez swoją osobowość, mentalność, kulturę, własne pojmowanie świata. Choć to duże słowo, ale jednak. Śpiewacy są ubrani w kanon, w którym muszą się zmieścić. Ale, jak wspomniałam, piosenkarz bazuje na tym, co dostał od natury, i sam to wykorzystuje tak, jak czuje. Nie bacząc na żadne reguły i ramy. Tak że różnice są. No i ja, skromnie, jednak stanęłabym po stronie Barbry Streisand (śmiech).

26 lat temu pożegnała się pani ze sceną. Czy rzeczywiście przypuszczała pani, że długo wytrzyma bez estrady, orkiestry, publiczności?

Myślałam, że to będzie na zawsze, bo byłam już bardzo zmęczona. Dawnymi czasy my, estradowcy, pracowaliśmy bardzo intensywnie. Na akord, i nie był to akord harmoniczny. Zarabialiśmy tyle, ile graliśmy koncertów. A honoraria były z góry określane i naprawdę niewielkie. Trzeba było naprawdę bardzo dużo pracować. Faktem jest, że wtedy niemal wszyscy chcieli nas słuchać. Ludzie tłumnie przychodzili na koncerty. Mieli jakąś wewnętrzną potrzebę kontaktowania się z piosenką. Owszem, czasami śpiewało się o kwiatkach i bratkach, ale to wszystko było piękne, poetyckie, dobrze napisane i zamknięte w pięknej muzycznej ramie. Ale zmęczyła mnie ta praca. Było tego za dużo i musiałam odpocząć. Ja bardzo szanuję publiczność. Nie wyobrażam sobie siebie duchowo i technicznie nieprzygotowanej do tego, żeby wyjść na scenę. Trzeba mieć nie tylko zdrowie do tego zawodu, ale też i z szacunkiem myśleć o tych, którzy przychodzą, płacą za bilet i chcą słuchać. Przywiązuję do tego ogromną wagę. Może nie jestem człowiekiem od wielkich zadań, ale szanuję to, co robię, i ludzi, którzy chcą mnie słuchać. To dla mnie wielkie wyróżnienie. I w pewnym momencie po prostu się tym zawodem zmęczyłam. Musiałam odpocząć, bo pomyślałam sobie, że za chwilę albo zwariuję, albo zacznę uprawiać „bylejakizm”. Ale jak już jest się raz zarażonym jakimś bakcylem, to potrzeba – może nie śpiewania, ale wydawania z siebie dźwięku – jest jednak ogromna (śmiech). Pan Bozia obdarował mnie chyba dobrym słuchem muzycznym, chyba dobrym głosem, więc jeśli mogę i jestem w stanie, chcę to wykorzystywać.

Nie jest żadną tajemnicą, że kiedy pani śpiewa, wszyscy wiedzą, że to Irena Santor. Pani głos jest natychmiast rozpoznawalny. Posiada pani niezwykły instrument, który nie jest podobny do żadnego innego?

Po wielu latach ktoś mi to tak właśnie sprecyzował i było to dla mnie samej niemal odkryciem Ameryki. Wrócę na moment do lekcji śpiewania. Gdyby mnie ktoś wsadził w jakieś techniczne ramy, byłaby to dla mnie artystyczna śmierć. Instynktownie sama uciekałam od tego, żeby ktoś mnie „uczył śpiewu”. Nigdy nie chciałam i nie śpiewam według czyjejś potrzeby, czyjejś estetyki, jakichś formułek technicznych. Nie chcę i nie będę. Chcę śpiewać tak, jak sama lubię, i jeśli ktoś to akceptuje i chce mnie słuchać, to ja tylko mogę być dozgonnie za to wdzięczna. Niewiele koncertuję, bo ciągle jednak muszę się do każdego najdrobniejszego występu przygotować i fizycznie, i mentalnie. Z biegiem lat odczuwam też większą niż dawniej odpowiedzialność za to, co robię. Kiedyś, jeśli coś nie do końca wyszło na jednym koncercie, mogłam to powtórzyć i poprawić na kolejnym, za godzinę czy dwie. Dzisiaj wszystko musi być dopracowane, dopięte na ostatni guzik. Na zawodowstwo piosenkarskie składa się głos, słuch muzyczny i muzykalność. Sam głos znaczy wiele, sam słuch znaczy bardzo wiele, ale dopiero spojone muzykalnością decydują o artyście. „To są te trzy elementy…” – żart z piosenki Wojciecha Młynarskiego.

50 lat na scenie to też jeszcze jedna dość istotna kwestia – to 50 lat bycia ocenianą.

Tak. I to czasami jest męczące. Z tym że kiedy zaczynałam pracę na estradzie, moimi cenzorami nie byli realizatorzy nagrań, ale publiczność. Fakt, że publiczność chciała w swoich domach gościć mnie z moimi piosenkami, to niebywałe wyróżnienie. Jeśli ktoś chce mieć moje płyty, słuchać moich utworów czy przyjść na mój koncert, to jest to niezwykle dla mnie ważne.

A skoro jesteśmy przy zawodzie piosenkarza… Dzisiaj bardzo często nie szkoła muzyczna, ale telewizja kreuje piosenkarzy. Talent shows stają się coraz popularniejsze. Czy to sprawiedliwe, że dzisiaj pięć minut, okrojone do dwu, plus Twitter, YouTube czy inny kanał potrafią zrobić z kogoś gwiazdę?

Nie mogę jednoznacznie tego ocenić, ponieważ dzisiaj mamy do czynienia z zupełnie innymi realiami. Dawniej było nam trudniej zagościć w czyimś domu, ale mieliśmy poczucie, że skoro już w nim jesteśmy, to z pewnością zostaniemy tam na jakiś czas. Teraz żyje się niezwykle szybko i ja w tym pędzie nie umiałabym się znaleźć. Z mojego punktu widzenia młodym ludziom, którzy startują w zawodzie, dzieje się krzywda. Mają okazję bardzo łatwo i szybko zaistnieć, ale pozostać w czyjejś pamięci czy sercu jest znacznie trudniej. Służba, której poddają się młodzi ludzie, jest szalenie ryzykowna. Nie wiem, po czym dzisiaj publiczność ocenia młodych piosenkarzy. Słucham i piosenek, i wykonań. I martwi mnie to, że nie potrafię znaleźć w nich czegoś ich własnego. Odnoszę wrażenie, że większość nie śpiewa sobą, ale krzyczy. Dzisiaj w muzyce nie ma piano, nie ma mezzoforte, nie ma forte. Te gradacje dynamiczne stały się nieważne, a przecież dzięki nim docieramy do czyjegoś serca. Zanika gdzieś muzykalność, wrażliwość, intymność. Tę intymność dzisiaj mierzy się krzykiem, hałasem; wszystko jest głośno, wszystko zagłusza wszystkich i każdego. Ginie gdzieś czułość, interpretacja muzyki. To mnie martwi. Ale być może wynika to z różnicy pokoleń i dzisiejszemu światu nie jest potrzebna intymność?

„Nie umrę, dopóki polskie stadiony nie będą przyzwoicie śpiewały, a nie ryczały” – to pani słowa. Więc możemy być spokojni, bo jeszcze długo się panią będziemy cieszyć.

(Śmiech). To kwestia edukacji muzycznej, która dzisiaj jest bardzo powierzchowna. Niestety. Nie wymaga się dzisiaj, żeby w ogóle lekcje śpiewu były w szkołach. A jeśli są, to nie wymaga się od ucznia słuchania siebie. Tu też ginie intymność. Dziecko musi być nauczone słuchania muzyki! Jeśli idzie się do lasu, to się w nim nie krzyczy. Słucha się przyrody, słucha się tej naturalnej muzyki. Zgadzanie się i propagowanie głuchoty jest smutne. Niektórzy twierdzą, że skoro dziecko jest utalentowane, to może iść do szkoły muzycznej. Cóż to za bzdura?! Dziecko nie może od razu wpaść w kanony, schematy. Musi śpiewać tak, jak czuje, a nie tak, jak nakazuje schemat. Stąd te stadiony. Jeśli nie ma na nich harmonii, jeśli jest ryczenie zamiast śpiewania, to ja mam chyba jeszcze długie życie przed sobą (śmiech). To jak śpiewanie w chórze. Nie chodzi o to, żeby śpiewać znakomicie i najgłośniej. To umiejętność słuchania sąsiada i śpiewania w akordzie. Chciałabym, żeby ludzie nie śpiewali „każdy w odrobinę innej tonacji”. Nie umrę, dopóki się to nie zmieni (śmiech).

Czy mając w dorobku artystycznym 60 płyt, czuje się pani spełniona na zasadzie „no… to już wystarczy”, czy może to dla pani znak, że wręcz trzeba więcej, bo skoro na tyle albumów ludzie czekali, to znaczy, że będą chcieć kolejnego i jeszcze kolejnego?

Z jednej strony jestem zdyscyplinowana, ale z drugiej strony zapominam o tym, co już nagrane, w sensie – to już było. A mnie interesuje jutro. I nie to, ile płyt jeszcze nagram, ale jak je nagram. Interesuje mnie to, czy ja się jeszcze rozwijam. Czy jest we mnie jeszcze coś nowego, co chciałabym przekazać w piosenkach. Ileż to razy zdarza się, że człowiek śpiewa jakąś piosenkę po raz kolejny i wydaje mu się, że robi to dobrze. Choć cały czas coś nie pasuje, coś ugniata jak kamyk w bucie. I dopiero po latach nagle przychodzi olśnienie. Na tym polega rozwój. Dla słuchacza to może nie mieć znaczenia, ale dla mnie ma ogromne.

Pani Ireno, dziękuję za rozmowę.

rozmawiał Filip Cuprych

Gazetka 161 – maj 2017

WYDARZENIA


REKLAMA

PARTNERZY



WSPÓŁPRACA



Łączna liczba odwiedzin

Aktualnie on-line: