„DOBRZE NAM RAZEM, CHYBA DOBRZE NAM…”

PDFDrukujEmail

Artykuły miesiąca - Nr 161 maj 2017

Самые новые шаблоны Joomla на нашем сайте.
Красивые Шаблоны Joomla 2.5
Игровые шаблоны DLE
Самая быстрая Диета

Polska jest członkiem Unii Europejskiej od 2004 r. i to właśnie wtedy, pierwszego maja, otworzyły się przed nami zupełnie nowe możliwości. Dzięki otwarciu rynków i symbolicznemu zatarciu granic obywatele naszego kraju mogą bez większych przeszkód nie tylko swobodnie podróżować po UE, ale też studiować i pracować w krajach członkowskich. Kiedy Belgia otworzyła dla Polaków swój rynek pracy, nie wiadomo było, czego tak naprawdę możemy (my i oni) się spodziewać. Na początku było ciężko – strach przed nieznanym z naszej strony, obawa przed napływem tańszych fachowców z ich strony. Po latach wszystko okrzepło. Małgorzata, jedna z moich znajomych, mówi o sytuacji w Belgii: „Oni są przyzwyczajeni, przecież jest u nich tylu cudzoziemców”.

JA

Moja przygoda z Belgią zaczęła się cztery lata temu od wyjazdu na praktyki w ramach programu Erasmus (obecnie Erasmus+) i trwa do dziś. W Polsce skończyłam polonistykę i niderlandystykę, a dzięki temu, że studenci z naszego kraju mają możliwość uczestniczenia w rozmaitych europejskich wymianach, miałam szansę spróbować czegoś nowego. Nie tylko ja, bo jeśli przyjrzymy się statystykom, to zauważymy, że coraz więcej młodych ludzi decyduje się na staże, studia lub kursy za granicą.

– Po wstąpieniu polski do UE wybieram sobie praktyki w dowolnym kraju, najlepiej takim, o którym nic nie wiem i który jest nietypowy, właśnie po to, żeby się czegoś o nim dowiedzieć. I nawet nie biorę paszportu, tylko z dowodem osobistym jadę i dostaję legalnie pracę w tydzień – Martyna nie goniła za modą na Zachód, ale wybrała zupełnie inny kierunek – Rumunię. Dzięki swojemu uporowi i miłości do przygód może się teraz cieszyć sukcesami. Wielkim ułatwieniem jest też oczywiście możliwość uznawania polskiego dyplomu w każdym kraju członkowskim, dzięki czemu nie trzeba się martwić, że podczas ewentualnej rozmowy o pracę zostaniemy odsunięci na dalszy plan.

Gawędziłam sobie z kilkoma osobami z grona tysięcy odważnych emigrantów, którzy bardzo często z ciężkim sercem zostawili ojczyznę, by poszukać pracy i lepszego życia w Belgii…

– Ja tam wcale nie uważam się za odważnego; jak przyszło co do czego i trzeba było kupić bilet, to się bałem jak mała dziewczynka. Dwa słowa po angielsku znałem, po niderlandzku to nawet tyle nie. Siedziałem przed wylotem w domu z dzieckiem na rękach i myślałem: Waldek, coś ty wymyślił. Ale jakoś sobie poradziłem – Waldek to wielki chłop, budowlaniec, i jakoś ciężko mi wyobrazić sobie, że ktoś taki się boi.

– To chyba jednak jest pan odważny, ja nie wiem, czy zdecydowałabym się tak bez języka jechać – mówię i widzę, że po surowej twarzy Waldka przesuwa się blask uśmiechu. – Teraz to ja i z Belgami się dogaduję; język to jest, powiem pani, bardzo ważna rzecz. Można mieć kumpli od nas, można w polskim sklepie kupować, ale w końcu trzeba coś powiedzieć po ichniemu.

Waldek musiał zacząć od nauki języka, bo chciał od razu zacząć pracować legalnie. – Ile razy ja z siebie klauna zrobiłem, to nawet nie liczę, ale co mi tam, jakby taki jeden z drugim do nas pojechał, to też by na początku źle szło. Ja może uczony nie jestem, ale wiem, że jak się jedzie do innego kraju, to trzeba się dopasować, bo jak nie, to się potem żyje jak w klatce.

Waldek zaczął na budowie, w Polsce był majstrem, ale niestety firmę zamknęli, a ludzie zostali z niczym. – Tu musiałem wszystko od początku zaczynać, od łopaty, jak to się mówi. Teraz jestem na swoim. Razem z kumplem Belgiem rozkręcamy biznes w budowlance, bo się na tym znam, a i naszych chłopaków tu szanują.

BY ŻYŁO SIĘ LEPIEJ

Nie tylko Waldek musiał podjąć ciężką decyzję. W Belgii, albo może lepiej: na całym świecie tysiące ludzi codziennie decydują się zostawić część swojego życia w ojczyźnie i wyjechać w poszukiwaniu zatrudnienia i stabilizacji. Zapytałam Małgosię, jak jej się podoba w Belgii: W Belgii, a konkretnie w Leuven, żyje mi się bardzo dobrze, ale nie wiem, czy jakbym mieszkała np. w Brukseli, to też bym tak myślała.

Rozumiem ją doskonale, sama wolę mniejsze miasta, a poza tym tu ma przyjaciół, zna osobiście ludzi, u których pracuje. Kiedy pytam, co jej się w Belgii podoba najbardziej, nie szuka odpowiedzi zbyt długo: – Tolerancja względem wszystkich ludzi. Ale co mi się nie podoba, to nie wiem – i uśmiecha się promiennie. Waldek dodaje jeszcze: – Tu jak ktoś coś umie i chce coś robić, to dostanie szansę; może będzie musiał trochę z łopatą stać, ale potem znajdzie coś innego. Zawsze zapłacone będzie miał, a jak trzeba, to ludzie pomogą wszystko załatwić.

Co mu się nie podoba? – Mało nas wśród Belgów. Ja mam znajomych stąd, spotykamy się, nasze dzieci się razem bawią, staramy się żyć razem z sąsiadami. Chyba po to te granice pootwierali, żebyśmy się poznali, nie uważa pani? Tak siedzieć na sobie to też nie jest zawsze dobre – przytakuję; wydaje mi się, że Waldek rozumie Unię Europejską dużo lepiej niż niejeden polityk.

ŁATWIEJ? TRUDNIEJ?

Moje doświadczenia z urzędnikami i policją w Belgii muszę ocenić jako bardzo pozytywne. Mam poczucie, że wszędzie znajdzie się ktoś, kto mi pomoże albo poleci kogoś, kto może pomóc. Wystarczy prosty przykład: wypełnienie zeznania podatkowego przez internet zajmuje pół godziny i nawet ktoś, kto tak jak ja boi się PIT-u, jest w stanie zrobić to poprawnie. – Ja zawsze chodzę do urzędu, daję papiery, oni liczą, podpisuję i wychodzę. To lubię w Belgii, bo u nas się człowiek czasem czuje jak intruz, wróg, a tu nie – mówi Małgosia. Oczywiście we własnym języku dużo łatwiej jest się odnaleźć, ale to, że nie mówi się dobrze po angielsku, francusku czy niderlandzku, nie musi oznaczać, że nie można liczyć na pomoc.

WSZYSTKO DOBRE, ALE BIGOS NAJLEPSZY

Dzięki otwartym granicom i umowom handlowym Belgia, Polska i Rumunia (nie mogę zapomnieć o Martynie) stały się sobie bliższe. – Tu (do Rumunii) przyjechał jeden Polak Tymbark wprowadzać na rynek, drugi ostatnio przyjechał wódką handlować.

W Brukseli dużo jest polskich sklepów, piekarni i restauracji. Znam też Belgów, którzy stracili głowę dla polskiej kiełbasy, pierogów i barszczu. Niewielu z moich znajomych obcokrajowców da się przekonać, że sernik nie jest jakimś typowo odświętnym ciastem i można go ot tak dostać o każdej porze dnia i nocy. – Lubię próbować czegoś nowego, a od kiedy żona z dziećmi są ze mną, to próbujemy trochę więcej belgijskich potraw. Dzieci to tylko czekoladę by jadły. Mnie to raczej wszystko smakuje, ale nie będę oszukiwał: nasze jedzenie to jednak najlepsze na świecie. Ale piwo to oni mają smaczniejsze. To chyba znaczy, że jest remis? – śmieje się Waldek. Od wszystkich moich polskich znajomych słyszę, że frytki, stek i ciasta są tu w porządku, ale czasem do szczęścia wystarczy kromka polskiego chleba z masłem.

CO TAM, PANIE, W POLITYCE?

– Kierunek, w którym teraz zmierza UE, nie do końca mi się podoba. Myślę, że zbytnia integracja (np. forsowanie przyjęcia waluty pomimo kilkukrotnego referendum z negatywnym wynikiem czy zmuszanie do przyjęcia uchodźców) nie jest dobra, bo jakiś poziom autonomii jest potrzebny – Martyna nie jest jedyną osobą, która myśli w ten sposób; sama zastanawiam się, gdzie kończy się integracja, a zaczyna narzucanie woli. Małgosia dodaje: – Jedna moja patronka nie lubi Polaków, bo nie chcemy u siebie muzułmanów.

Większość Europejczyków nie wie, że w Polsce może nie ma uchodźców z Syrii, ale są Tatarzy z Krymu, których przyjęła z otwartymi ramionami społeczność muzułmańska w Polsce. – Wie pani, ja tak myślę, że u nas nie umieją swoim pomóc, a co dopiero takim zupełnie obcym. Przecież wiadomo, co się dzieje w tych ośrodkach, gdzie Czeczeńców umieścili, ilu z tych ludzi ma pracę, dom, bezpieczeństwo? Tu trzeba i chęci, i planu, i pieniędzy, a nie tak hop, rzucić kogoś, ręce umyć i udawać, że się pomogło.

Rzeczywiście, dostaje nam się za sprzeciw w sprawie uchodźców, ale i to jest Unia – dyskusja, tarcie. Jesteśmy wspólnotą, ale każdy z nas zatrzymuje coś dla siebie. Oczywiście, że boimy się inności, obcej kultury, ale chyba jeszcze bardziej tego, że okaże się, iż nie będziemy potrafili razem żyć. Integracja z zachowaniem odrębności, połączona z szacunkiem i wsparciem – ta idea leży u podstaw UE.

Rozmowy z ludźmi, nie tylko z Polski, których poznałam w Belgii, przekonują mnie, że nawet jeśli mamy odrębne opinie i nawet jeśli czasem trudno nam się ze sobą dogadać, to warto próbować, bo może z tego wyjść coś zupełnie magicznego. Wspaniale jest wiedzieć, że czujemy się w Belgii dobrze, mimo że brakuje nam naszych tradycji, smaków i charakteru. Cieszy mnie, że nie jesteśmy tu intruzami, że się nas szanuje, zaczyna doceniać pracę i dobre chęci. Nadal przyzwyczajamy się do siebie, ale przecież każda miłość zaczyna się nieśmiało.

 

 

Anna Albingier

Gazetka 161 – maj 2017

WYDARZENIA


REKLAMA

PARTNERZY



WSPÓŁPRACA



Łączna liczba odwiedzin

Aktualnie on-line: