MOLESTOWANIE TO NIE FLIRT!

PDFDrukujEmail

Artykuły miesiąca - Nr 168 luty 2018

Самые новые шаблоны Joomla на нашем сайте.
Красивые Шаблоны Joomla 2.5
Игровые шаблоны DLE
Самая быстрая Диета

Przeciwnicy akcji #metoo zarzucają zaangażowanym w nią kobietom i mężczyznom nie tylko kłamstwa, ale też swego rodzaju atak na flirt. Świadomie nie mówię: „kulturę flirtu”, bo ostatnio zauważyłam, że najczęściej flirt nie ma zbyt wiele wspólnego z kulturą.

JESZCZE KOMPLEMENT CZY JUŻ MOLESTOWANIE

Ale do rzeczy. Kiedy w mediach głośno zrobiło się o wybrykach aktorów, reżyserów i producentów w Hollywood, kobiety i mężczyźni na całym świecie masowo zaczęli dzielić się swoimi doświadczeniami. Obok przerażających historii o wykorzystywaniu, gwałtach, biciu i zastraszaniu można spotkać się i z takimi, które, delikatnie mówiąc, mniej lub bardziej świadomie ośmieszają całą akcję. Hasztag #jateż znaleźć można na przykład przyklejony do opowiastki o tym, że na przejściu dla pieszych mężczyzna uśmiechnął się do kobiety, czy też o tym, że ON, ta szowinistyczna świnia, ośmielił się powiedzieć jej, że ładnie wygląda – skandal!

Takie perełki skrzętnie wyłapują wszyscy przeciwnicy ruchu na rzecz równego traktowania kobiet i mężczyzn i zwalczania przemocy seksualnej. Najbardziej radykalni nazywają feministki i feministów (tak, mężczyźni mogą być feministami) ograniczonymi, zarzucają im nieznajomość tematu i brak jakichkolwiek rozgraniczeń między uprzejmością a gwałtem i molestowaniem. Kobiety i mężczyźni publikujący te dość niezręczne przykłady molestowania przez uśmiech mają zapewne swoje powody – może rzeczywiście poczuli się wtedy zagrożeni, może nie było to dla nich „niewinne” albo zwyczajnie chcieli uczestniczyć w czymś masowym i ważnym.

HIPOKRYZJA?

Tak czy owak, posty takie to woda na młyn dla tych, którzy są „anty”. Jedna z najsłynniejszych i najpiękniejszych aktorek w historii kina – Brigitte Bardot – powiedziała na przykład, że ona każdy komplement, nawet „dotyczący tyłka”, odbierała i nadal odbiera z uśmiechem. Dla niej to czarujące, że mężczyzna zdobywa się na odwagę i ośmiela się zagaić kobietę. Gwiazda stwierdziła też, że wśród zwolenniczek #metoo i aktorek ujawniających przykłady molestowania pełno znaleźć można hipokrytek, które by dostać rolę, najpierw wdzięczą się do producentów, flirtują, okręcają ich sobie wokół palca, a potem, kiedy już są na tyle znane, że nie potrzebują odskoczni w postaci materaca, oskarżają otaczających je mężczyzn o molestowanie.

Mimo mojej sympatii do ruchu feministycznego i akcji #jateż, trudno mi się z Brigitte Bardot nie zgodzić, albo lepiej: w części nie zgodzić. W świecie gwiazd istnieje dość duża płynność granic, moralności, zasad i ocen. Niemal wszystko wystawia się na widok publiczny, nagrywa i opisuje, byle się tylko mówiło; nawet alkowa nie pozostaje wolna od kamer. Trudno zatem nie przytaknąć krytykom, jeśli jedna czy druga aktorka pokazująca się co tydzień z innym mężczyzną i deklarująca, że „są ze sobą tacy szczęśliwi i już niedługo ślub”, nagle przyłącza się do #metoo, zarzucając wszystkim, że wykorzystali jej naiwność, że ona teraz widzi, że to nie jej wina, ale wina mężczyzn, bo są jak drapieżniki.

NIE TYLKO SŁAWNI I BOGACI

Rzeczywiście trudno, nawet najbardziej zagorzałym obrońcom akcji, znaleźć dobre argumenty, by obronić jej sens. Trzeba jednak pamiętać o dwu rzeczach: po pierwsze, że wśród morza kobiet i mężczyzn, którzy wspierają #jateż, odsetek oszustów i hipokrytów jest minimalny, i po drugie, że w tym wszystkim chodzi nie tylko o sławnych i bogatych, ale przede wszystkim o tych, którzy pozostają w cieniu i nie mieli do tej pory odwagi, by z niego wyjść.

Rozmiar akcji #metoo pokazał, że molestowanie jest wszędzie i nie dotyczy tylko kobiet. Wiele osób, widząc, że nie są same, postanowiło przerwać milczenie i uciec ze spirali, w której tkwiły może od lat. Dziewczyny, matki, synowie, podwładni, modelki, lekarki i kelnerzy zaczęli ujawniać mechanizmy, których używają oprawcy, czasem bardzo bliscy. Dzięki temu, że gwiazdy rozpoczęły ruch, zrobiło się o nim głośno. Wszyscy wiemy o przemocy, molestowaniu i gwałtach, o mobbingu i zastraszaniu, ale czy coś z tym robimy? Czy tylko zamykamy drzwi i wolimy stać jak te barany wpatrzone w ścianę, czekając, aż ktoś inny pierwszy się odezwie?

STRZAŁ DO WŁASNEJ BRAMKI

Zawsze znajdą się tacy, którzy powiedzą, że to pic na wodę i wszystko jest po to, żeby kasa się zgadzała (i nie dotyczy to jedynie ruchów tego typu). Dlatego tak ważne jest, żeby mówić też o tych nieznanych ofiarach, o tym, że konieczne są zmiany w prawie, o tym, że molestowanie i gwałt to nie tylko coś, przez co przechodzą kobiety. Trzeba pokazać, że zmiany są możliwe i przede wszystkim – trzeba zacząć od siebie. Brzmi dobrze, ale jak się okazuje, jest trudne do realizacji, co pokazało zachowanie opinii publicznej po ujawnieniu zachowania, jakim popisał się pisarz Janusz Rudnicki. Przypomnę, że nazwał on dziennikarkę, która robiła z nim wywiad, oraz inne kobiety obecne w restauracji, gdzie się spotkali, „k*rwami”.

Feministki z pierwszych stron gazet na czele z Kazimierą Szczuką zbagatelizowały całą sytuację, mówiąc, że Rudnicki taki jest i że to żart. Wiadomo, że pisarz i felietonistka znają się i lubią, dlatego od razu podniosły się głosy (zwłaszcza na prawej stronie) wytykające jej hipokryzję i podwójne standardy. Kazimiera Szczuka i jej koleżanki broniące Rudnickiego dokonały imponującego wręcz „samozaorania”, jak mówi młodzież. To, że ktoś jest „nasz”, nie oznacza, że można mu pobłażać, zwłaszcza jeśli chce się wyglądać obiektywnie. Feminizmu nie można ograniczać do własnego podwórka, nie można rzucać kamieniami w innych, a przyjaciół głaskać po główce i mówić, że to było śmieszne i nie ma się za co obrażać. Może pani Szczuki nazwanie k*rwą nie obraża, ale innych tak.

PRZEDE WSZYSTKIM: UŚWIADAMIAĆ

Takie przykłady pokazują, jak daleka jeszcze przed nami droga i jak dużo musimy się jeszcze nauczyć. Oczywiście po takich sensacjach jest trudniej, bo ubywa zwolenników, a przybywa prześmiewców, ale nie oznacza to, że leżymy na łopatkach. Dzięki takim historiom możemy pokazać, o co w #jateż chodzi, a nie chodzi wcale o eliminację żartów, podrywu i komplementów. Nikt nie chce stworzyć takiego świata – chodzi o to, żeby żadna ze stron nie czuła się gorsza, osaczona i zagrożona. Nie chodzi mi tu tylko o kobiety. Siedziałam w restauracji; grupa podpitych panów podrywała kelnerki, uśmiechy, żarty, komplementy. Ot, takie typowe końskie zaloty. Wszystko przestało być zabawne, kiedy jeden z panów włożył dziewczynie rękę pod spódnicę. Dostał w twarz, a potem ona wylała mu na zbyt gorącą głowę litr wody. Wszyscy byli z niej dumni. Zastanawiam się, czy tak samo byłoby, gdyby płcie zamienić miejscami… Właśnie o to chodzi w całym tym zamieszaniu: by uświadomić ludziom, gdzie są granice, żeby powiedzieć, że dla nikogo celem marzeń nie jest bycie obłapianym przez szefa czy klientów. Trzeba nauczyć społeczeństwo, że przemoc seksualna to nie miłość.

Rozumiem mężczyzn, którzy mówią, że teraz, kiedy będą zainteresowani kobietą i zechcą ją zaprosić na randkę, będą umierać ze strachu, czy dla niej będzie to już molestowanie i zachowanie opresyjne czy nie. Nie oszukujmy się: flirt nie jest czymś, co zawsze się udaje; czasem wychodzi koślawo, a nawet brutalnie. Nie można tego z miejsca nazywać zachowaniem opresyjnym czy molestowaniem. Szłam pewnego dnia do biblioteki; nagle czuję, że ktoś się do mnie dziwnie blisko nachyla i słyszę: „Pięknie pani pachnie”. O mało nie zemdlałam ze strachu, a pan udał się w inną stronę. Nie powiem, że to molestowanie czy atak, chyba raczej bardzo dziwny sposób na skomplementowanie drugiej osoby.

Inaczej jest, jeśli przekracza się granice dobrego smaku, wystawia macki i zalewa drugą stronę szlamem jakichś dziwacznych propozycji erotycznych. Zdaję sobie sprawę z tego, że dla niektórych to polowanie na czarownice, które może być wykorzystane dla zemsty. Część osób oskarżonych przez działaczy #metoo nie doczekała się żadnych aktów oskarżenia, mimo że policja bada ich sprawy; zrujnowano im za to kariery. W tym momencie trzeba zapytać, czy słusznie i jak daleko #metoo można posunąć. Nie można utożsamiać oskarżenia o molestowanie z bronią czy ostatecznym argumentem, ponieważ umniejsza się wtedy wagę problemu. Co jest molestowaniem: czy uśmiech nieśmiałego chłopaka posłany najpiękniejszej dziewczynie w szkole ma tę samą wagę, co obmacywanie podwładnych?

W każdej dyskusji są „za” i „przeciw”. Nigdy nie można przypisywać sobie monopolu na prawdę, ale zawsze trzeba patrzeć trzeźwo na sytuację. Akcja #metoo pokazała, jak wielkim problemem jest molestowanie i przekraczanie granic; dała nam do zrozumienia, że osób potrzebujących pomocy jest masa. I dobrze, że to widać, bo nie można się teraz od tego odwrócić i udawać, że słonia nie ma w pokoju. Trzeba się zabrać do pracy i zacząć robić porządek, ale trzeba to robić z wyczuciem, tak, żeby nie zlinczować niewinnych, i tak, by rzeczywiście pomóc ofiarom. Ośmieszanie stron przeciwnych nie zmieni faktu, że żyją wśród nas tacy, którzy potrzebują wsparcia i pomocy, oraz ci, których trzeba izolować, leczyć albo zwyczajnie trzasnąć po łapach i jak dziecku wyjaśnić, co można, a czego nie.

 

 

Anna Albingier

Gazetka 168 – luty 2018

WYDARZENIA


REKLAMA

PARTNERZY



WSPÓŁPRACA



Łączna liczba odwiedzin

Aktualnie on-line: