KURĄ DOMOWĄ BYĆ

PDFDrukujEmail

Artykuły miesiąca - Nr 169 marzec 2018

Самые новые шаблоны Joomla на нашем сайте.
Красивые Шаблоны Joomla 2.5
Игровые шаблоны DLE
Самая быстрая Диета

„Podczas porodu kobieta cierpi tak bardzo, że praktycznie może sobie wyobrazić, jak się czuje mężczyzna, który ma gorączkę”… Tym optymistycznym żartem, jakże śmiesznym dla nas, wszystkich kobiet, rozpocznijmy małą gawędę o tym, jak to dobrze być kobietą. We współczesnym świecie, pełnym równouprawnienia, partnerstwa w relacjach damsko-męskich i doceniania pracy na kilku etatach każdej, zawsze uśmiechniętej i spełnionej, kobiety.

Przy okazji Dnia Kobiet, tętniącego wspomnieniami o utraconych goździkach i rajstopach spod lady, doceńmy zdobycze współczesności rzucone nam, kobietom, pod nogi. Już nie tylko żyjemy domem, dziećmi, ale i pracą, karierą, wyzwaniami, co powinno nas uszczęśliwiać. Dobrze przynajmniej, że te czasy, w których wiara w równouprawnienie była żywa, przeminęły – teraz wiemy, że równouprawnienie równouprawnieniem, ale trzeba zrobić, co ma być zrobione, i nie ma co liczyć na chwytliwe hasła z transparentów. Bez wykłócania się o podział ról młócimy swoje dzienne przeznaczenie od rana do wieczora z uśmiechem na ustach. Takie oto jesteśmy my, gatunek odwieczny, nie żadne roboty z dalekiej przyszłości, ale zwykłe, szare, prastare – kury domowe.

W ŚRODOWISKU NATURALNYM NIE WYSTĘPUJE

Zdefiniować kurę domową można by z powodzeniem następująco: „Kura domowa – żeńska istota z rodziny człekowatych hodowana na całym świecie. W środowisku naturalnym nie występuje. Uważa się, że stanowi formę udomowioną istoty męskiej, lecz nie wyklucza się domieszki innych gatunków (takich jak np. cyborgi, bazyliszki, Wróżki Zębuszki). Udomowienie nastąpiło najprawdopodobniej u zarania dziejów. […] Od wieków biegały wolno w gospodarstwach [przyp.: domowych], dokonując w nich niebywałych przemian. Dzięki temu też zaczęto zwracać szczególną uwagę na ich wartość ekonomiczną. Jak wykazują badania, ówczesne kury przypominały dzisiejsze kury domowe, lecz miały słabiej rozwinięty instynkt równouprawnienia i indywidualizmu”.

Krótko mówiąc – kury domowe są odwieczne, chociaż ich stanem naturalnym wcale udomowienie nie było. Same do niego kury doszły, nabrały dzięki temu niebywałej wartości i ten niezwykły gatunek jest w cenie od stuleci. Można by nawet zaryzykować stwierdzenie, że jest gwarantem ciągłości gatunku.

Tyle o definicjach, praktyka jednak, jak zawsze, jest mniej kryształowa niż teoria. W praktyce bowiem my, kury domowe, mamy na swoich barkach, w zależności od sytuacji życiowej, kilka etatów. Kochające matki, zaradne żony, namiętne kochanki to tylko jedna strona medalu. Z drugiej są spocone kucharki, styrane sprzątaczki, uwalane pianą praczki… Ostatnio coraz częściej mamy i dodatek, który na naszych umięśnionych barkach dumnie się prezentuje: wykształciuchy, managerki, chlebodawczynie.

CHLUBA NARODOWA

Taka właśnie kura domowa, która do tego jest aktywna zawodowo, i to aktywna z sukcesem, to nasza narodowa chluba. Współczesne kury domowe mają wychodne na osiem godzin dziennie, a zazwyczaj więcej. Muszą ogarnąć nie tylko swoje gospodarstwo domowe i aktywność zarobkową, ale też logistykę (żłobki, przedszkola, zajęcia dodatkowe), prezencję (zakupy, kosmetyczka, fryzjer, siłownia) czy pokazy (przyjęcia rodzinne, wieczorki dla znajomych, kinderbale). Wszystko musi być na piątkę z plusem, niedoróbek nie akceptuje się.

Czegoś w tym wyliczaniu brakuje… Nie, nie czegoś, ale kogoś – kogoś, kto wziąłby na swoje równie silne barki chociaż połowę, chociaż ćwierć tego świata i wspólnie z kurą domową doprowadzałby go do perfekcji. Brakuje zatem koguta, najlepiej sfeminizowanego, który mógłby przemalować świat z perspektywy ślepej kury na pełen perspektyw i kolorów krajobraz rozciągający się aż po horyzont. Marzenie ściętej (kurzej?) głowy? Niekoniecznie, chociaż funkcjonujące w społeczeństwie stereotypy na temat roli kury i koguta są tak różne, że trudno znaleźć w nich konsensus. Szczególnie gdy ta „kurza” rola niektórym kobietom pasuje, a jeszcze bardziej pasuje przedstawicielom religijnym, mediom czy władzy, generalizując… pasuje mężczyznom.

MATKI – ŻONY – POLKI

Wyjdźmy jednak z kurnika i przenieśmy się na podwórko, najlepiej nasze, swojskie, polskie. Zobaczmy dysonans, jaki istnieje między światem rzeczywistym a kreowanym. Media w ostatnich latach starają się uczynić zadość naszemu poczuciu równouprawnienia – często mężczyźni przedstawiani są jako ci, którzy zajmują się dziećmi, gotują, a nawet sprzątają. Widzimy takie role w serialach, w reklamach i powodują one pewne ciepło wokół serca, sentyment. Tymczasem wokół nas, w większości relacji damsko-męskich, jest to jednak bardziej iluzja niż rzeczywistość. Chcielibyśmy, żeby podział ról w polskich domach był jednoznaczny, oparty na partnerstwie i wspólnej umowie. Niestety, najczęściej to kobiety zajmują się znaczącą większością obowiązków – związanych z prowadzeniem domu i z wychowaniem dzieci.

Nie zapominajmy jednak, że kobieta dzisiaj bardzo często postrzegana jest, tak samo jak mężczyzna, jako żywiciel rodziny i praca zawodowa jest jej powinnością – tudzież koniecznością. W życiu ma jednak nieco trudniej, bo pomimo haseł pełnych równouprawnienia w praktyce jest dyskryminowana. Na rynku zawodowym jest gorszym sortem, w kwestii wynagrodzeń jest warta mniej, można ją dyskryminować za posiadanie dzieci lub za samą możliwość ich posiadania. Można ją traktować jako obiekt seksualny i bezkarnie dawać jej to odczuć na różnych płaszczyznach, choćby przemocy werbalnej. Przemoc fizyczna i seksualna to kolejne zagrożenia, niestety w pewnych przypadkach zupełnie realne. Robienie kariery, jeśli już w ogóle do tego momentu matka-żona-Polka dojdzie, okupione jest naprawdę dużym wyrzeczeniem i wymaga nadludzkich mocy przy łączeniu obowiązków. Co kobietom, tak na marginesie, przychodzi z uśmiechem na ustach, bo jednak zaprogramowano je zupełnie inaczej niż mężczyzn, którym w takim układzie byłoby się dużo trudniej odnaleźć. Czasu na pasje i relaks zazwyczaj w takim wypełnionym po brzegi życiu pozostaje niewiele. Innym problemem jest jeszcze to, że matka-żona-Polka lubi być idealna. I często sama zapędza się w kozi róg – bo przecież ona wszystko zrobi najlepiej i nawet jeśli ojciec-mąż-Polak chciałby jej pomóc, to nie pozwoli, nie dopuści go do swojego kuchennego królestwa.

Skoro już pojawił się nam ojciec-mąż-Polak, to zaznaczmy, że często ma on przecież dobre chęci, ale brak mu np. motywacji czy konsekwencji. Nie każdy mężczyzna stworzony jest do zalegania z pilotem i piwem przed telewizorem. Fakt, że są tacy mężczyźni, wychuchani przez swoje matki, którzy brzydzą się pracą domową, a zaparzenie herbaty to dla nich czarna magia. I oni doskonale wiedzą, że kobieta wszystko zrobi lepiej, szybciej, dokładniej. Ale poza takimi infantylnymi przypadkami znajdziemy wiele potencjalnego materiału, który po prostu można by ukierunkować na wspólny dom, wspólną rodzinę, wspólne obowiązki. Patrząc na pokolenie pięćdziesięcio- czy sześćdziesięciolatków, można pomyśleć – marzenie ściętej głowy! Patrząc już na czterdziestolatków, można zaryzykować stwierdzenie, że wyjątki potwierdzają regułę. Trzydziestolatkowie rokują już całkiem dobrze, o ile ich partnerki są w stanie jasno określić, w którym momencie kończy się „kurze udomowienie”, a zaczyna równouprawnienie.

PO PARTNERSKU

Partnerstwo – oto słowo klucz w związkowym i domowym rozgardiaszu. Jak się bowiem okazuje, każdy układ jest dobry, byle był akceptowany przez obie strony. Kobieta z własnej woli rezygnuje z pracy i zajmuje się domem? OK. Mężczyzna z własnej woli bierze na barki gotowanie i odrabianie lekcji z dziećmi? W porządku. Ona robi karierę, on pracuje zdalnie? Dobrze. Ona robi zakupy, on pranie? Jeszcze lepiej. Tak naprawdę, pomimo wszystkich krzywdzących czy nie stereotypów, najważniejsza jest niepisana (albo i pisana!) umowa pomiędzy partnerami. Byle wspólnie się określić, kto co bierze na swe barki, i być elastycznym, jeśli któreś barki się zbytnio przeciążą.

Model partnerski w Polsce blisko 50 proc. par uważa za najlepszy, chociaż w praktykę wdraża go niecałe 30 proc. Co nie znaczy, że te najmniej przyjemne obowiązki w większości nie przypadają kobietom (bo np. pranie robi 98 proc. Polek, gotuje 90 proc., na zakupy chodzi 74 proc.). Niestety partnerstwo, mimo że na pewno jest na o wiele wyższym poziomie niż dekady temu (nie mówiąc już o stuleciach), cały czas pozostawia co nieco do życzenia. Przeciętnie kobieta (matka i żona) w Polsce spędza w pracy zawodowej około 6,5 godz., w pracy domowej 5 godz. Analogicznie mężczyzna w pracy zawodowej spędza 7,5 godz., w tej domowej – już tylko 2 godz. Kto pracuje więcej, nie tylko ilościowo, ale i jakościowo – raczej jest jasne. Kobiety są silne, wytrzymałe, bardziej pracowite i dokładniejsze, bardziej obowiązkowe i sumienne niż mężczyźni… Często na własne życzenie, bo wcale nie musi to być normą i tylko wyobrażenia społeczne stawiają nas w jasno określonych rolach, z których tak ciężko nam się uwolnić. Ale jeśli już wyjść poza te stereotypy, to przecież do woli możemy się w związkach damsko-męskich wymieniać rolami, nawet jeśli początkowo nie wszystko będzie wychodzić doskonale.

SZCZYPTA EMPATII

Przy okazji Dnia Kobiet warto się więc zastanowić, czy rola kury domowej, która została nam narzucona, na pewno nam odpowiada, czy wszystko w niej pasuje, czy nie chciałybyśmy trochę zmienić w podziale obowiązków. Jeśli jesteś mężczyzną, to zastanów się, czy nie mógłbyś choć częściowo wejść w rolę koguta domowego, trochę zmodyfikować dotychczasowy model rodziny i związku i odciążyć partnerkę przez nawet drobną pomoc w małych sprawach, jeśli nie oczekuje więcej?

Przede wszystkim jednak warto porozmawiać o podziale obowiązków domowych, żeby się dowiedzieć, co sądzi o tym druga strona – o zmęczeniu, o niewyrabianiu, o nierównym podziale, o frustracji. Milcząc, nie zmienimy nic. A wydawać nam się może zupełnie co innego. I chociaż kobiety często gdaczą bez ustanku, a mężczyźni często krzyczą swoje „kukuryku” tylko w kryzysie, to może jednak warto się posłuchać i określić potrzeby związane z domem i z rodziną, bo przecież wcale nie muszą one być tak oczywiste, jak nam się wydaje. My, współczesne kury domowe, czasem potrzebujemy po prostu trochę empatii w codzienności, żeby wszystko było lepsze. Nawet jeśli nie wymagamy pomocy pół na pół, to miło mieć chociaż symboliczne wsparcie w domu – także psychiczne, bo skoro pracujemy na kilku etatach po kilkanaście godzin dziennie, to chyba należy nam się „szacun”. A kwiatek i czekoladki na 8 marca na pewno nie zaszkodzą.

 

Ewelina Wolna-Olczak

Gazetka 169 – marzec 2018

WYDARZENIA


PARTNERZY


Łączna liczba odwiedzin

Aktualnie on-line:

WSPÓŁPRACA