POSTKOLONIALIZM – OBNAŻYĆ HIPOKRYZJĘ

PDFDrukujEmail

Artykuły miesiąca - Nr 174 wrzesień 2018

Самые новые шаблоны Joomla на нашем сайте.
Красивые Шаблоны Joomla 2.5
Игровые шаблоны DLE
Самая быстрая Диета

Współczesna mapa świata jest bardzo złożona. Większość krajów uzyskała niepodległość, wiele ma nawet demokratyczny ustrój – ale pod wieloma względami struktura globu niewiele różni się od tej sprzed wieku czy dwóch. Kiedy pojawił się kolonializm, nikt nie zastanawiał się, jak katastrofalne skutki będzie on miał dla wielu kultur i regionów. Kiedy kolonializm umierał, nikt nie uświadamiał sobie, że ta śmierć jest pozorna, że przechodzi on tylko na wyższy stopień ewolucji i tak naprawdę przybiera inną formę. Dzisiaj, świadomi zjawiska, jakim jest kolonializm, powinniśmy schylić głowy i spróbować przestać myśleć w kategoriach „my – lepsi” i „oni – gorsi”. Niestety, mimo owej świadomości, często nadal – w kontekście podziału politycznego świata – operujemy źle rozumianym pojęciem wartości, pomocy, wolontariatu, a nawet turystyki czy handlu.

MENTALNOŚĆ KOLONIZATORA

Kolonializm polegał na podbijaniu terenów na całym świecie przez mieszkańców głównie Europy i Ameryki Północnej i trwał kilka wieków. Podbój ów był zbrojny, raczej związany z najazdem, gwałtem, rabunkiem i degradacją niż – jak to często określano – niesieniem „kaganka oświaty” czy Słowa Bożego. Powodem podbojów kolonizatorskich nie była szlachetna wola czynienia dobra, ale zwykła matematyka – zasoby naturalne nowych terenów, tania siła robocza, wybiórcza fascynacja egzotyką. Wszystko przekładane na pieniądze, a nie dobre uczynki.

Postkolonializm jest rozrachunkiem z kolonializmem – a raczej uświadomieniem, że trwa on do dzisiaj pod przykrywką kapitalizmu. Kraje niegdyś uciskane po uzyskaniu niepodległości uzależniają dzisiaj swoją „niezależność” od silniejszych gospodarczo. Stąd przyzwolenie na wyzysk, głodowe stawki, nieludzkie warunki pracy. Stąd przyzwolenie na degradację środowiska naturalnego, niszczenie krajobrazów, grabienie surowców naturalnych i mineralnych. To silniejszy gospodarczo partner narzuca warunki. Niestety – nadal używa mało etycznych metod, stawiając słabszego pod ścianą. Dając pozorny wybór, zmusza do przyjęcia w najlepszym przypadku niekorzystnych, a zazwyczaj urągających warunków. Uzależnia od siebie za woalką humanizmu i demokracji.

Postkolonializm wskazuje na zjawisko, którego bogatsi chętnie by się wyparli. To po ich stronie bowiem leży odpowiedzialność za zniszczenie unikalnych kultur, tradycji, religii. W wielu krajach funkcjonowały sprawne i zaawansowane systemy państwowe, ale nie były one w stanie obronić się przed silniejszym najeźdźcą, który pod pozorem szlachetnych pobudek realizował swoje ekonomiczne cele. Co ciekawe, do dzisiaj żyje w nas myślenie kolonialne, zasiane w dawnych czasach stereotypy, uprzedzenia, spłycenia. Tę hipokryzję obnaża w nas właśnie postkolonializm – pomimo pozornej świadomości błędów naszych przodków cały czas tkwimy w ich mentalności.

UNIESKUTECZNIĆ POMOC

Nie ma bowiem dobrych kolonizatorów i złych barbarzyńców. Co za tym idzie – my, Europejczycy, spadkobiercy bogactwa zgromadzonego w podbojach, nie jesteśmy lepsi od uciskanych za morzami, lądami, górami. Żyjemy po prostu w bogatszym świecie, stabilniejszym, zazwyczaj wolnym od konfliktów zbrojnych, skrajnej biedy, głodu i epidemii. Udało nam się, bo należymy do tej części świata, która dyktuje warunki. Co gorsza, często wydaje nam się, że nie mamy nic wspólnego z uciskiem. Nosimy szlachetne maski i pomagamy. Na wielu frontach. Z uśmiechem na ustach. Z murzyniątkiem na rękach.

Gospodarka krajów słabo rozwiniętych, niezaliczających się do grupy samowystarczalnych, jest w pełni uzależniona od swoich dawnych kolonizatorów. Dlaczego produkty z Azji są tak powszechne, że nie opłaca się ich produkować na naszych terenach? Bo są dobre i tanie. Dlaczego praca uchodźców jest mniej warta niż naszych rodaków? Bo to oni muszą się dostosować. To my – choć zazwyczaj nie osobiście, nie zawsze świadomie – rozdajemy karty w tej grze.

Skoro przyczyniamy się do biedy, dlaczego w dobrym tonie miałoby być niesienie pozornej pomocy dla poszkodowanych w tej nierównej rozgrywce? Przecież wiemy, że karmiąc głodnego, karmimy tak naprawdę biedę. Tu nie chodzi o pieniądze, o żywność, o zapomogę w prozaicznych sytuacjach. Tu chodzi o całokształt – o tworzenie struktur państwowych, sprawiedliwego prawa, sprawnych instytucji, skutecznych metod do walki z szeroko pojętą biedą, dyskryminacją, bezrobociem. Tymczasem właśnie pomoc potrzebującym w krajach najbiedniejszych często staje się wizytówką na Instagramie czy Facebooku. Bo to jest modne: pomagać. Zbudujmy szkołę, studnię, kościół. Tylko że w szerszej perspektywie nie jest to skuteczne działanie, bo pochłania moc środków pośrednich i sam cel okazuje się tylko dobrym elementem PR-owym. Ale przypinając sobie łatkę darczyńcy, dobroczyńcy czy zbawcy, czujemy się lepiej.

I to jest właśnie sposób na zablokowanie faktycznej pomocy, która niekoniecznie dotrze do potrzebujących. Bo problemy lokujemy nie u źródeł, rozwiązujemy nieskutecznie drobnostki, a tak naprawdę prawdziwa, skuteczna pomoc wymagałaby synchronizacji wielu niezależnych jednostek. Tylko eliminowanie problemów Trzeciego Świata raczej nie jest wszystkim na rękę, jeśli chodzi o względy polityczne i gospodarcze.

WOLONTURYSTYKA

Od kilku dekad popularnym zjawiskiem wśród chcących nieść pomoc są wolontariaty. Nie wystarcza nam jednak niesienie pomocy na własnym podwórku czy zasilanie finansów instytucji zajmujących się wsparciem dla najbardziej potrzebujących z krajów Trzeciego Świata. My chcielibyśmy tam pojechać i tam pomagać, dopilnować, żeby nasza pomoc trafiła na pewno do najbardziej potrzebujących. Owa chęć sama w sobie tchnie smutnym cynizmem, a jeśli dodamy do tego jeszcze cele turystyczne takiego wyjazdu – to widzimy skrajną hipokryzję. Bo oczywiście chcielibyśmy pomóc, ale przy okazji zwiedzić trochę świata. Zobaczyć, jak oni w tej biedzie żyją, jakie mają problemy, potrzeby, rozrywki. Czym jest ta ich wojna, ta dyskryminacja, ten głód.

Wolontariusz często wyjeżdża z bagażem dobrych chęci, ale dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane. Wolonturysta, bo zazwyczaj jednak o nim mowa, niekoniecznie wyjeżdża ze szlachetnych pobudek. Chce przeżyć przygodę, zwiedzić, poznać nieznaną kulturę, coś innego, egzotycznego… Przy okazji pomóc – i tutaj ta szlachetność na siłę utyka. Bo to właśnie my jesteśmy przyczyną nieszczęścia ludzi, którym chcemy pomagać. Zamiast karmić ich biedę, lepiej byłoby włączyć się w budowę podwalin pod faktyczną pomoc. Uświadamiać na własnym podwórku, zmieniać zastaną mentalność, wpływać na decyzje o szerszym kontekście. Niszczyć stereotypy na temat innych kultur, a nie je podsycać.

W EGZOTYCZNYM ZOO

Postkolonializm przyniósł nam jeszcze jedną wiedzę – że w dość chorobliwym stopniu fascynują nas egzotyczni „Inni”. Kiedyś przywożono ich do nas w klatkach, w kagańcach, w łańcuchach i pokazywano jako niesłychaną ciekawostkę z dziczy. Dzisiaj to my jeździmy do nich – chociaż nie są już fizycznie zniewoleni, to niestety turystyka wielu krajów wymusza od znacznej liczby mieszkańców samostanowienie atrakcji turystycznej. Pozostałości wielu nietuzinkowych kultur wyprzedawane są na jarmarkach, sztucznie tworzy się osady, członkowie plemion celowo okaleczają swe ciała… Na całym świecie „cywilizowani” ludzie słono płacą za oglądanie „dzikusów” w ich wioskach, domach, sytuacjach mniej lub bardziej intymnych. Takie lokalne ludzkie zoo.

Taka turystyka jest dzisiaj coraz bardziej popularna. Korzystamy z różnych atrakcyjnych ofert turystycznych, kusimy się na egzotyczne hasła i obrazki z folderów. Na miejscu oprócz dogadzania swoim podstawowym potrzebom oczekujemy również nieco regionalizmu. Najlepiej w postaci egzotyki ludzkiego „Innego”, którego można sfotografować i wystawić jako pamiątkę z wakacji na swojej społecznościowej ścianie.

Najbardziej irytujące w tej sytuacji jest to, że tak podróżuje większość z nas. Że wielu z nas zalicza się do ignorantów niemających pojęcia, że inni muszą być dla nas żywą atrakcją turystyczną tylko dlatego, że kiedyś okazaliśmy się silniejsi i zdołaliśmy ich spętać. Mimo że dzisiaj nie widzimy kajdan, to turystycznym popytem nakładamy je sumiennie na kolejne pokolenia.

„INNY” – RYSA NA SZKLE

Oczywiście nas, Polaków, kolonializm nie dotyczy i my, Polacy, dalecy jesteśmy od wyżej wymienionych zachowań. …Oczywiście to stwierdzenie jest pobożnym życzeniem.

Może bezpośrednio nie byliśmy kolonizatorami, ale należąc do Europy, jesteśmy spadkobiercami tego, co kolonizacja Europie przyniosła. Jesteśmy bogatsi jako kraj od państw rozwijających się tylko dlatego, że współkorzystaliśmy – i współkorzystamy – z ich zasobów. Mimo że odżegnujemy się często od kolonizatorskich grzechów naszych sąsiadów czy sojuszników, bywamy o wiele gorsi w krzewieniu kolonialnych stereotypów. Bo oni często mają edukację i świadomość procesu, który postawił ich niegdyś ponad innymi narodami, kulturami, które w konsekwencji zniszczyli. Mają także świadomość skutków tego procesu. My jako naród wielokrotnie podbijany, który powinien mieć wiele empatii względem uciśnionych, właśnie w tej świadomości bardzo zawodzimy. Pokazuje to rozprzestrzeniająca się zaraza ksenofobii, rasizmu, mowy nienawiści, wielorakiej przemocy skierowanej pod adresem „Innego”. Czujemy się lepsi, choć tak naprawdę w takiej postawie nic dobrego nie znajdziemy. Niestety, jest to pokłosie wielodekadowego myślenia, które jedynie weryfikacja terminów kolonializm i postkolonializm może nieco ukierunkować na „Innego”. „Innego”, który jest rysą na szkle naszego idealnego wizerunku polskości, zarówno jeśli znajdziemy go w swoim kraju, jak i obejrzymy go w jakimś egzotycznym kurorcie z drinkiem w ręku.

 

Ewelina Wolna-Olczak

Gazetka 174 – wrzesień 2018


PARTNERZY


Łączna liczba odwiedzin

Aktualnie on-line:

WSPÓŁPRACA