DROGIE PANIE, DO URN! 100-LAT PRAW WYBORCZYCH POLEK

PDFDrukujEmail

Artykuły miesiąca - Nr 176 listopad 2018

Самые новые шаблоны Joomla на нашем сайте.
Красивые Шаблоны Joomla 2.5
Игровые шаблоны DLE
Самая быстрая Диета

WIEK ROSZCZEŃ

Kobiety, kobiety... Ich roszczeniowość przechodzi męskie pojęcie. Non stop czegoś chcą. Ciągle o coś walczą. Wymyślają problemy, generują konflikty, zaogniają codzienność. W domu, w pracy, w Sejmie – gdzie się pojawią, tam ferment. A przecież mają wszystko.

Rządzą. Od stu lat kobiety w Polsce rządzą. Współrządzą. A w zasadzie rządzą na marginesie władzy męskiej, walcząc o ochłapy z pańskiego stołu. Sto lat temu otrzymały przywilej prawa wyborczego. Wiek to, wydawałoby się, dużo, szmat czasu, w którym można zdziałać cuda. I faktycznie przez miniony wiek świat poszedł do przodu, a technologia wywróciła do góry nogami wyobrażenia o rzeczywistości. Ale dla kobiet w Polsce ostatnie sto lat wcale nie przyniosło rewolucji. Wcale nie stoimy o niebo dalej od problemów Polki początków XX w.

Przez miniony wiek kobiety rościły sobie prawo do równouprawnienia na wielu płaszczyznach; do bezpieczeństwa zapewnianego w domu, na ulicy, w miejscu pracy; do wszechstronnej edukacji, do godnego wynagrodzenia, do decydowania o własnej rozrodczości... Wiele głośnych spraw przewinęło się przez te dziesięć dekad przez dyskusję publiczną (rzadziej sejmową). Spójrzmy w lustro, my, kobiety-Polki, i odpowiedzmy sobie szczerze:

- Czy nie boimy się przemocy seksualnej na ulicy?

- Czy nie obawiamy się mobbingu w pracy?

- Czy zarabiamy tyle, co nasi partnerzy?

- Czy mamy dostęp do nowoczesnej, nieszkodzącej naszemu zdrowiu antykoncepcji?

- Czy ciężka praca zapewnia nam awanse, premie, bonusy?

- Czy rodzimy w godnych warunkach?

- Czy otrzymujemy zaległe alimenty?

- Czy nie boimy się starości, głodowych emerytur, bezdusznej opieki zdrowotnej...?

Mężczyźni zazwyczaj nie doświadczają w Polsce podobnych lęków. Na pewno nie na co dzień. Na pewno nie w masowej skali. Mają raczej pełną świadomość prawa do decydowania o własnym życiu. Kobiety niestety dalej o to prawo muszą walczyć.

Bo dzisiaj nadal sprowadza się nas do roli gospodyń, żon, matek, których celem ma być dokładanie szczerego serca i promiennego uśmiechu do domowego ogniska... A sto lat temu wszystko zapowiadało się tak pięknie. Kobiety poszły do urn, weszły do Sejmu, do Senatu, złapały, wydawałoby się, byka za rogi. Wiek później z rozrzewnieniem wspominamy tamte czasy...

DEKRET PIŁSUDSKIEGO

Polki jako jedne z pierwszych w Europie uzyskały przywilej prawa wyborczego. Na świecie rewolucja rozpoczęła się w Nowej Zelandii w 1893 r., a w Europie w 1906 r. w Finlandii. Norweżki do urn poszły w 1913 r., Dunki i Islandki – w 1915, Rosjanki i Holenderki – w 1917. Następne były Polki – przed Węgierkami, Szwedkami, Austriaczkami, Angielkami... Co więcej, Polki poszły do urn wiele lat wcześniej niż na przykład Francuzki (1944 r.), Włoszki (1946 r.), Szwajcarki (1971 r.) czy Portugalki (1974 r.). Dzisiaj bywają one dla nas przykładem kobiet wyzwolonych, tymczasem nasze polskie wyzwolenie z pętli stereotypów nadal jest często pozorne – pomimo stuletniej wolności.

Polki z kilku powodów znalazły się w czołówce kobiet mających prawo głosu. Paradoksalnie najważniejszym z nim był długi okres niewoli narodowej. W momencie odzyskania niepodległości panie uzyskały w pełni prawa polityczne. Oczywiście poprzedziły je liczne tajne spotkania, zjazdy, wykłady, warsztaty, poszukiwania męskich sojuszników, nadludzka praca, ogromna motywacja. Lata niewoli i straszna wojna, w której kobiety na równi z mężczyznami walczyły o wolność, oraz powrót niepodległej Polski przypieczętowały te wysiłki dostępem do pełni praw obywatelskich.

Prawo wyborcze zostało Polkom wręczone 28 listopada 1918 r. dekretem Naczelnika Państwa Józefa Piłsudskiego o ordynacji wyborczej do Sejmu Ustawodawczego. Pierwsze wybory, w których kobiety miały prawo głosu, odbyły się 26 stycznia 1919 r. Frekwencja wśród pań wyniosła blisko 70 proc. W pierwszym parlamencie II Rzeczpospolitej zasiadło osiem kobiet: Gabriela Balicka, Jadwiga Dziubińska, Irena Kosmowska, Maria Moczydłowska, Zofia Moraczewska, Anna Piasecka, Zofia Sokolnicka oraz Franciszka Wilczkowiakowa. Kobiety o rzetelnej edukacji, zdecydowanych charakterach, zaangażowane w sprawy Polski, w sprawy Polek. Wcześniej były nauczycielkami, filantropkami, uczestniczyły aktywnie w życiu politycznym w partiach i samorządach, angażowały się w problemy społeczne, przewodziły organizacjom kobiecym. Towarzyszyła im społeczna akceptacja; nawet sejmowi koledzy uznali je w większości za naturalny element odbudowującego się z popiołów państwa.

I tutaj niestety pozytywna historia polskiego feminizmu się kończy. Wpływ Polek na pracę rządu był minimalny – stanowiły one zaledwie 2 proc. członków Sejmu i 5 proc. członków Senatu. Wydawałoby się – dobre początki. Panie zajmowały się głównie pracami nad projektami oświatowymi, społecznymi, prawami kobiet, dzieci czy mniejszości narodowych. Zazwyczaj nie pełniły kierowniczych stanowisk. Aktywnie za to korzystały z możliwości sejmowych, takich jak składanie wniosków, interpelacji, wygłaszanie przemówień. W międzywojniu weszło do sejmu łącznie 49 kobiet. Niektóre pełniły swoje funkcje przez kilka kadencji.

ROZCZAROWUJĄCA NOWA POLSKA

Po II wojnie światowej sytuacja kobiet w Polsce miała się kształtować od nowa. Mimo że nadane im prawa obywatelskie pozostały (gwarantowała je konstytucja z 1952 r.), to jednak nowy ustrój wcale kobiecie przyjazny nie był. W okresie komunizmu kobiety stanowiły od 4 proc. (w 1956 r.) do 23 proc. (w 1980 r.) członków Sejmu. W 1956 r. pojawiła się pierwsza ministra – Zofia Wasilkowska, a w latach 80. Polki pełniły już nagminnie ważne funkcje polityczne – od kadry Biura Politycznego KC PZPR, przez kierownictwo ministerialne, po Ligę Kobiet. Była to jednak zazwyczaj pozorna władza. Pozwalała czasem poruszyć ważne dla pań tematy, ale realnego wpływu na codzienność kobiet i warunki ich życia, a co dopiero równouprawnienie, nie miała.

III Rzeczpospolita rozpoczęła rządy nikłym procentem kobiet w Sejmie – zaledwie 13 proc. Faktem jest, że z upływem czasu, z kadencji na kadencję, udział Polek w rządzeniu rósł, choć niekoniecznie wiązało się to z korzystnymi zmianami na ich rzecz. Często było wręcz przeciwnie – na przykład podczas masowej likwidacji żłobków i przedszkoli w latach 90. W tym czasie powstawały i aktywizowały się różne ruchy kobiece, które w 2001 r. wymusiły dialog dotyczący wprowadzenia wyborczego systemu kwotowego. Zakładał on wyrównanie udziału kobiet i mężczyzn na listach wyborczych – po 50 proc. Ostatecznie w wersji korzystnej dla kobiet projekt wszedł w życie dopiero w 2010 r., gwarantując im udział na listach wyborczych na poziomie 35 proc. W praktyce po wyborach w 2011 r. zwiększyło to liczbę kobiet w parlamencie o 3 punkty procentowe. I tak z 21 proc. kobiet w Sejmie w 2004 r. doszliśmy do 24 proc. w 2011 r. W 2017 r. zbliżyliśmy się do 27 proc. Czy jest to jednak liczba chwalebna?

NIC O NAS BEZ NAS

Dzisiaj patrzymy na minione stulecie, w trakcie którego w naszej kobiecej polskości nie dokonały się cuda, i jest to nieco smutne. Szczególnie gdy uzmysławiamy sobie, że upragniony progres nie nastąpi, że podejmowane dzisiaj decyzje są raczej krokiem w tył, a zwykłe, podstawowe zapisy gwarantujące przestrzeganie praw człowieka kobiet często nie dotyczą. Oczywiście gdzie indziej jest gorzej – możemy się porównać na przykład z Arabią Saudyjską, w której prawa wyborcze kobiety uzyskały zaledwie trzy lata temu, lub, jeszcze lepiej, z Brunei, gdzie kobiety w ogóle nie mają prawa głosu.

Prawo wyborcze gwarantuje Polkom nie tylko polska konstytucja, ale także kilka ważnych międzynarodowych dokumentów – na przykład Powszechna Deklaracja Praw Człowieka, Międzynarodowy Pakt Praw Obywatelskich i Politycznych, konwencja o prawach politycznych kobiet, konwencja w sprawie likwidacji wszelkich form dyskryminacji kobiet. Głos wyborczy potrzebny jest kobietom do określania spraw fundamentalnych – życia bez dyskryminacji i bez nieuzasadnionych ograniczeń, do swobody wyboru politycznego, do pełnienia publicznych stanowisk w duchu równouprawnienia. Kobiety w polityce są potrzebne po to, by decydować za kobiety. Popularne znów w ostatnich latach hasło „Nic o nas bez nas” powinno stać się nie tylko sztandarowym wykrzyknikiem jednego protestu. Powinno stać na straży równowagi w rządzeniu, i to nie tylko w kontekście równouprawnienia kobiet. Jeśli decydujemy o niepełnosprawnych – słuchajmy ich opiekunów. Jeśli wprowadzamy zmiany w służbie zdrowia – rozmawiajmy z lekarzami i pielęgniarkami. Jeśli wywracamy do góry nogami system edukacji – zapytajmy najpierw nauczycieli. Jeśli mówimy o kobietach – słuchajmy kobiet. Chcemy prawa głosu nie na papierze, chcemy przestrzegania naszych wolności obywatelskich nie w teorii, chcemy współtworzyć naszą rzeczywistość. Rzeczywistość odpowiadającą na potrzeby realnych kobiet, a nie mężczyzn, którzy o wielu kobiecych problemach w codzienności nie mają bladego pojęcia.

 

Ewelina Wolna-Olczak

Gazetka 176 – listopad 2018


PARTNERZY


Łączna liczba odwiedzin

Aktualnie on-line:

WSPÓŁPRACA