„Zabiorę Cię jesienią do Brukseli” rozmowa z Agnieszką Korzeniewską, autorką książki

PDFDrukujEmail

Artykuły miesiąca - Nr 138 luty 2015

Самые новые шаблоны Joomla на нашем сайте.
Красивые Шаблоны Joomla 2.5
Игровые шаблоны DLE
Самая быстрая Диета

Halina Szołtysik: Niedawno wydała pani książkę pt. „Zabiorę Cię jesienią do Brukseli”, ale nie jest to pani pierwsze doświadczenie literackie – od kilku lat prowadzi pani bloga.

Agnieszka Korzeniewska: Powiedzmy sobie szczerze: nie jestem pisarką. Nie mam w tej dziedzinie żadnego doświadczenia. Jeśli mam o sobie mówić w kontekście pisania, wolę się nazywać osobą, która napisała książkę. Do instytucji pisarza podchodzę z wielką pokorą. Ja tylko rejestruję otaczającą mnie rzeczywistość. Od dziecka lubiłam zapisywać stany emocjonalne, postrzępione myśli. Z jednej strony jestem bardzo otwarta, pozytywnie nastawiona do ludzi, z drugiej – uwielbiam swoją pogodną, twórczą samotność i własny świat. Jestem wnikliwą podpatrywaczką codzienności i tę codzienność ubieram w słowa. Gdy nastała era internetu, funkcję dziennika przejął blog. Oczywiście nie jest aż tak osobisty jak pamiętnik, bo przecież nie wszystko jest na sprzedaż, ale bardzo szczery i autentyczny.

Jako blogerka narodziłam się kilka lat temu dzięki siostrzenicy, która znając moje zamiłowanie do pisania, powiedziała: „Założę ci bloga, to jest naprawdę coś, co pokochasz!” Bardzo szybko połknęłam bakcyla. Początkowo moje blogowanie było bardzo niedoskonałe, z czasem zaczęło nabierać konkretnego kształtu. Pojawili się pierwsi czytelnicy. Ze zdziwieniem zaczęłam zauważać, że ciągle ich przybywa, wracają, proszą o więcej. Ich bardzo osobiste wpisy dały mi przeświadczenie, że to, co robię, ma sens. Ludzie identyfikowali się z bohaterami moich opowieści, oglądali Brukselę i Podlasie moimi oczyma, znajdowali między wierszami odpowiedzi na własne pytania bądź też z kubkiem porannej kawy po prostu miło spędzali czas, odrywając się od codziennych kłopotów. W końcu środowe i piątkowe wpisy stały się naszym wspólnym małym rytuałem.

Przy okazji zrozumiałam pewną zaskakującą rzecz. Zawsze myślałam, że piszę głownie dla siebie i to mi wystarcza, ale dopiero interakcja z czytelnikami uświadomiła mi, jak ważny dla piszącego jest odbiorca. Nie ulega wątpliwości, że pisanie samo w sobie jest dla mnie wielką przyjemnością, ale gdyby nie było czytelników, można by je było porównać do picia najlepszego szampana do lustra…

A skąd pomysł na książkę?

Moi bliscy zachęcali mnie do tego od dawna, ale czasami najbliższym się nie dowierza. Podejrzewałam, że patrzą na mnie przez różowe okulary i nie są obiektywni. Dopiero gdy zaczęli mnie do tego nakłaniać obcy ludzie, czytelnicy mojego bloga, ta myśl zaczęła dojrzewać i w końcu się skrystalizowała.

Choć w książce jest wiele pani zdjęć, to tak naprawdę niewiele pisze pani o sobie…

Cóż, w książce jestem tylko przewodnikiem. Prowadzę czytelnika uliczkami Brukseli, piję z nim kawę, odwiedzam miejsca, których być może by nie poznał, przyjeżdżając tu na dzień czy dwa...

Moja belgijska przygoda zaczęła się ponad 20 lat temu dość banalnie. Pochodzę z Podlasia, jak wielu Polaków zamieszkujących Brukselę. Pierwszy raz przyjechałam tu z chłopakiem jeszcze jako studentka. Były lata 90. Studiowaliśmy zarządzanie na Uniwersytecie Gdańskim i jak większość młodych, marzyliśmy o lepszym życiu. Jednak wyjazd na Zachód nie był łatwy. Mur berliński – stał jeszcze murem. I nic nie zapowiadało, że kiedyś runie. Nikomu się jeszcze nie śniło, że podróżowanie po świecie stanie się takie łatwe i tanie. Istniały granice i aby wyjechać, potrzebna była wiza. Zdobyliśmy ją i wyjechaliśmy na tak zwany urlop dziekański. Nasz pobyt miał trwać rok, a przedłużył się o wiele lat… Jednak wróciliśmy do Polski – po to, by ją opuścić po raz drugi na dobre w 2004 roku. Od tamtego czasu żyjemy „w rozkroku” pomiędzy dwoma krajami, wrośnięci tak samo mocno w obie rzeczywistości: brukselską i podlaską, a konkretnie siemiatycką.

Do kogo adresowana jest pani książka?

Książka ma wiele warstw i dedykacji. To trochę nietypowy, sentymentalny przewodnik po Brukseli dla tych, którzy chcą ją odwiedzić bądź odświeżyć pamięć o miejscach i zabytkach. Doszły mnie słuchy, że w moich rodzinnych Siemiatyczach zaopatrzyli się już w nią uczestnicy wycieczki do Brukseli – członkowie Uniwersytetu Trzeciego Wieku. To bardzo sympatyczne! Przede wszystkim jest to jednak ukłon w stronę moich rodaków, nie tylko z Podlasia – zwykłych ludzi, o których nie pisze się na pierwszych stronach gazet, a którzy przetarli szlak do lepszego życia swoim dzieciom i wnukom. Tak mało się o nich mówi i pisze, a przecież stanowimy tu naprawdę potężną siłę. To w końcu opowieść o wartościach ogólnoludzkich: o tęsknocie emigracyjnej, wyobcowaniu, o potrzebie przynależności, miłości i akceptacji. Książka ta mimo nostalgicznego klimatu niesie w sobie optymistyczne przesłanie, że warto jest pokonywać przeszkody, podejmować trud, przekraczać własne ograniczenia. Właściwie każdy może tam znaleźć coś dla siebie. Można ją też czytać fragmentami, bo praktycznie każdy rozdział dotyczy innego tematu.

Pisze pani, że uwielbia Brukselę, tymczasem wiele osób tu mieszkających nie lubi tego miasta; emigranci skarżą się na brudne ulice i hałas, narzekają na pogodę. Jaka jest pani recepta na zakochanie się w tym miejscu?

Bruksela nie należy do miast, które powalają na kolana. W porównaniu z innymi stolicami świata wydała mi się początkowo bardzo prowincjonalna i mało przyjazna, choćby ze względu na klimat. To miasto wymaga cierpliwej uważności. Nie afiszuje się ono swoim przepychem, choć ma wiele do zaoferowania. Atmosferę Brukseli tworzą ludzie i zabytki. Skoro przyszło mi tu zostać na dłużej, postanowiłam jakoś rozprawić się z tą niechęcią do niej. W myśl zasady: jeśli nie możesz czegoś zmienić, polub to lub sam się zmień. Zaczęłam szperać w książkach i internecie, szukać ciekawostek na jej temat, wypytywać znajomych Belgów, wychodzić, spacerować, poznawać ludzi i miejsca. Nie spostrzegłam się nawet, kiedy wpadłam z tą miłością po uszy! Szybko przerodziła się w obsesję. Okazało się, że to miejsce przyjazne do życia, wspaniała baza wypadowa do innych stolic Europy, dobrze rozwiązana komunikacja, miasto kipiące zielenią, uczynni nieznajomi, tolerancja czasami posunięta aż do granic absurdu. Nie ma uniwersalnej recepty na rozkochanie się w Brukseli. Każdy musi znaleźć swój własny sposób, ale wszystkich, którzy przyjeżdżają tu z negatywnym nastawieniem, bo nasłuchali się złych opinii, proszę: dajcie sobie i Brukseli szansę!

Emigranci często pozostają w swoim gronie i mówią, że łatwiej nawiązać i utrzymać znajomość z osobą innej narodowości niż z Belgiem. Kontakty z Belgami, które pani opisuje w książce, wydają się to potwierdzać.

Trudno jest o jednoznaczną opinię… To prawda, opisuję w książce przyjaźnie z przedstawicielami innych narodowości, nie zawsze Belgami. Wynika to z tego, że jest tu bardzo dużo różnych nacji i „nie-Belga” spotyka się na każdym kroku. Jak ktoś powiedział: „W tym kraju wszyscy jesteśmy obcokrajowcami”. Ale przecież na przestrzeni lat tutaj spędzonych nawiązałam wiele pięknych, wręcz familijnych relacji z Belgami. Na początku może niezbyt wylewni, zyskują przy bliższym poznaniu. I jeśli cię polubią, są bardzo oddani.

Jednym ze stereotypów powielanych przez nas samych jest ten, że my, Polacy, też nie jesteśmy na co dzień zbyt solidarni względem siebie, serdeczni, że unikamy się nawzajem – o tym też pisałam w książce. Spotkałam wiele takich przypadków osobiście. Ale z drugiej strony to właśnie moi rodacy, często bezimienni, pomagali mi bezinteresownie w początkowo trudnej emigracyjnej rzeczywistości. To także przedstawiciele tak zwanej starej emigracji, którzy leczyli za darmo (większość z nas była wtedy „na czarno”), pomagali znaleźć pracę. Dlatego staram się nie powielać stereotypów na temat różnych narodowości, także Polaków i Belgów. Pracuję w międzynarodowej firmie. Z tego, co obserwuję, globalnie wszyscy jesteśmy dziećmi tej samej Ziemi i mamy dokładnie takie same potrzeby. Śmiejemy się z podobnych dowcipów, podobnie szukamy akceptacji, miłości, życzliwości, tak samo się kłócimy, tęsknimy. I tak samo podkładamy sobie świnie lub wyciągamy rękę na pomoc. Dużo się mówi o tym, że Polak Polakowi wilkiem, ale popatrzmy, ile wzajemnych niechęci generują antagonizmy narodowościowe w Belgii. Można by tak spierać się bez końca i powiem więcej, każdy miałby po trosze rację.

Jest już pani po pierwszych spotkaniach z czytelnikami – jakie są reakcje?

W najśmielszych marzeniach nie sądziłam, że książka trafi na tak podatny grunt, że wywoła tyle emocji, wspomnień… Tym bardziej że jej forma jest dość nietypowa. Ni to powieść, ni to przewodnik. Warto było ją napisać chociażby po to, by doznać tyle ludzkiej życzliwości. Tutaj obalam kolejny stereotyp, jakoby naszą narodową cechą była zazdrość czy zawiść. A może po prostu jestem wielką życiową szczęściarą? Praktycznie bez żadnych większych kampanii reklamowych pierwszy niewielki nakład rozszedł się jak ciepłe bułeczki. Są już nowe dodruki. Moja książka dzięki blogowej braci zawędrowała do Polonii amerykańskiej, kanadyjskiej, francuskiej, angielskiej… pozostawiając po sobie duży niedosyt. Spontanicznie organizowane przez moich przyjaciół tutaj i w Polsce wieczory autorskie dostarczają mi jako autorce wielu wzruszeń. Zaczynają reagować różne instytucje kulturalne, a nie zapominajmy, że książka dopiero co ukazała się na rynku. W najbliższym czasie odbędą się kolejne spotkania autorskie w Warszawie i na Podlasiu. Otrzymuję prośby o wywiady w polskiej prasie regionalne. Pojawiają się sygnały o potrzebie wydania w języku francuskim lub angielskim. Belgowie ciekawi są tego, jak wypadają w oczach kogoś z zewnątrz. To wszystko toczy się jakoś samo, poza mną… Bez udziału wiodących mediów, bez poważnych kampanii reklamowych – zwykłą pocztą pantoflową. Ludzie polecają mnie sobie nawzajem. Jestem taką osobą znikąd, nie piszę o rzeczach niezwykłych, nie naruszam tabu, nie budzę kontrowersji, być może nie jest to książka dla intelektualistów, a mimo to konsekwentnie podbija lokalny rynek i ludzkie serca. Dla mnie najważniejsze jest poruszanie czułych strun w ludziach, operowanie emocjami. I patrząc pod tym kątem, chyba mi się udało. Nieznani czytelnicy piszą do mnie naprawdę miłe słowa. Rozpoznają się we fragmentach opowiadań, identyfikują się z bohaterami, jak w lustrze oglądają własne losy. Cieszy mnie wielki przedział wiekowy – od nastolatek po emerytów. Jedna z dziewczyn napisała mi po pierwszym spotkaniu: „Twoja książka przejechała się ze mną do Londynu. Skończyłam ją w pociągu dzisiaj. Nie przestawaj pisać! Czekam na Brukselę latem, wiosną, zimą. A później jeszcze za dnia i w nocy.” Ktoś inny napisał mi na Facebooku: „Jesteśmy z ciebie dumni! Boś ty nasza…” No i jak się nie uśmiechać, doznając tyle dowodów sympatii…

Dziękuję za rozmowę.

 

Książkę Agnieszki Korzeniewskiej pt. „Zabiorę Cię jesienią do Brukseli” można kupić w Księgarni Polskiej przy rue d’Angleterre 46 w Brukseli oraz w wybranych polskich sklepach, a także na stronie wydawnictwa Białe Pióro:

ksiegarnia.wydawnictwobialepioro.pl i w księgarniach internetowych:

www.gandalf.com.pl, www.empik.com.

 

Kontakt z autorką na blogu: laviolettee.blogspot.be i poprzez stronę na

Facebooku: Śliwkowa Czapeczka.

 

Najbliższe spotkanie autorskie odbędzie się w Warszawie 21 lutego 2015 r. w

kawiarnio-księgarni Tarabuk (dokładne informacje na blogu i na Facebooku).

 

 

Gazetka 138 – luty 2015

WYDARZENIA


REKLAMA

PARTNERZY



WSPÓŁPRACA



Łączna liczba odwiedzin

Aktualnie on-line: