Niewielu amatorów biegania może pochwalić się tak wielką kolekcją medali z najsłynniejszych maratonów. Michał Lewiński to 52-letni biegacz, który ukończył wszystkie z Abbott World Marathon Majors i wcale na tym nie poprzestaje. Maraton stał się dla niego sposobem na życie, a przy okazji i na poznawanie świata. Mieszka we Wrocławiu z żoną i córkami, a zawodowo związany jest z branżą nowoczesnych technologii. Jak łączy wymagającą pracę z treningiem do największych sportowych wyzwań?
Sylwia Maj: Jak to się stało, że zaczął pan biegać?
Michał Lewiński: Aktywność fizyczna była dla mnie ważna od dawna. Wcześniej dużo jeździłem na rowerze, ale tu znaczne ograniczenia wynikają z pogody – w Polsce praktycznie przez sześć miesięcy w roku korzystanie z roweru jest mocno utrudnione ze względu na warunki atmosferyczne. Na początku swojej przygody ze sportem przez sześć miesięcy „letnich” jeździłem na rowerze, a pozostałe sześć rezerwowałem na lekki jogging.
W którym momencie bieganie stało się sposobem na życie?
To dokonywało się stopniowo, ale kilka momentów było przełomowych. Pewnego dnia, jak zawsze po zakończeniu sezonu, schowałem rower do piwnicy. Ale tym razem, zamiast z rezygnacją czekać na wiosnę, by znów na niego wsiąść, założyłem buty do biegania i wyszedłem na zewnątrz. Wtedy dotarła do mnie niesamowita rzecz – bieganie daje mi niezależność. Nie potrzebuję idealnego asfaltu, nie muszę wyczekiwać na słoneczne czy bezwietrzne dni. Szybko okazało się, że godzina spędzona czy to na mrozie i w padającym śniegu, czy na deszczu lub silnym wietrze przynosiła mi olbrzymią satysfakcję. O dziwo, większą niż letnia przejażdżka rowerem. Od tej pory mój sportowy rok przestał dzielić się na pół. Stałem się aktywny przez pełne 12 miesięcy, a zima straciła swój ponury, „niesportowy” charakter.
W którym momencie narodziła się myśl: „Chcę biegać maratony”?
To był marzec 2013 r. Ukończyłem wtedy Półmaraton Ślężański w Sobótce. Kultowa pętla wokół Góry Ślęży, z morderczym, długim podbiegiem pod przełęcz Tąpadła, to prawdziwy chrzest bojowy dla każdego biegacza. Po finiszu spojrzałem na medal i w mojej głowie zakiełkowała odważna myśl: „Skoro dałem radę tutaj, chcę czegoś więcej. Chcę przebiec maraton!”.
Ten pierwszy w życiu maraton na pewno pan doskonale pamięta?
Oczywiście! Zgłosiłem się do maratonu we Wrocławiu w 2013 r. Kiedy po 3 godzinach i 36 minutach walki ze słabościami odebrałem medal, poczułem coś, czego rower nie dawał mi w tak skondensowanej formie – głębokie poczucie pokonania granic własnego organizmu. W pierwszej chwili, ogromnie zmęczony, myślałem: „OK, udało się, przebiegłem i już nigdy więcej maratonu”. Ale już następnego dnia zrozumiałem, że lekki jogging bezpowrotnie zamienił się w pasję. Bieganie stało się ważną częścią mojego życia, gdy zorientowałem się, że to pod nie planuję urlopy i podróże, do których, w miarę możliwości, dołącza moja rodzina. Przebiegnięcie 30 maratonów na całym świecie – od Tokio przez Boston aż po niedawny Kapsztad – to nie przypadek. To styl życia. Rower był świetnym wstępem, ale to bieganie dało mi totalną wolność, ukształtowało mój charakter i pozwoliło zwiedzić świat w unikalny, maratoński sposób.
PRACA I SPORT
Jak połączyć pełnoetatową pracę zawodową z reżimem treningowym potrzebnym do startu w maratonach?
To wyzwanie logistyczne. Praca w trybie home office w godzinach 9.00–17.00 eliminuje codzienne dojazdy, ale wciąż wymaga dyscypliny i sztywnego podziału dnia. Mój sprawdzony system opiera się na prostym schemacie: trzy poranne treningi w tygodniu oraz sobotnie długie wybieganie. Trzy razy w tygodniu mój budzik dzwoni bardzo wcześnie. Nie ma tu miejsca na dyskusję z samym sobą czy sprawdzanie telefonu. Wyskakuję z łóżka, wkładam przygotowany wieczorem strój i ruszam. Wykorzystuję fakt, że dzięki pracy w domu oszczędzam czas, który inni tracą na stanie w korkach. Po biegu jeszcze krótkie ćwiczenia rozciągające. Później biorę szybki prysznic i o 9.00 siadam do komputera. Taki poranny rozruch daje mi potężny zastrzyk energii. Pracę biurową zaczynam z czystą głową, z poczuciem dobrze wykonanego obowiązku i przede wszystkim – z odhaczonym treningiem. Wieczór mam dzięki temu całkowicie wolny na regenerację i życie prywatne.
Umiejętności z pracy pomagają na trasie czy może ta maratońska dyscyplina ułatwia zarządzanie obowiązkami zawodowymi?
Praca w domu niesie za sobą pułapkę rozleniwienia, ale mój sztywny grafik – trzy biegowe poranki plus sobota – skutecznie ją eliminuje. Traktuję te cztery jednostki treningowe w tygodniu jak stałe, nieodwołalne spotkania biznesowe wpisane w kalendarz. Taka powtarzalność i automatyzm działania to jedyna droga, by przy etacie zbudować formę pozwalającą na bieganie maratonów. Te dwa światy nie tylko się uzupełniają, ale napędzają nawzajem. Doświadczenie z pracy biurowej pomaga mi na trasie maratonu, a maratoński reżim idealnie przekłada się na efektywność w pracy zawodowej.
Jak to dokładnie wygląda?
Praca przy biurku od 9.00 do 17.00, oparta na projektach, analizie danych i tabelach, mocno ukształtowała moje strategiczne podejście do biegania. Maratonu nie biega się „na emocjach”, ale na chłodno. Umiejętność analitycznego myślenia z pracy pomaga mi precyzyjnie zaplanować tempo na każdy kilometr, a także strategię żywieniową i logistykę startu. Z drugiej strony, przygotowania do maratonów wyposażyły mnie w cechy, które czynią mnie znacznie lepszym pracownikiem, szczególnie w specyficznych warunkach pracy zdalnej. Skoro potrafię bez dyskusji wstać o świcie i zrobić mocny trening przed 9.00, to punktualne zalogowanie się do pracy i pełne skupienie na zadaniach bez nadzoru szefa nie stanowi dla mnie żadnego problemu. W świecie biznesu, tak jak w planie maratońskim, na efekty czeka się miesiącami. Bieganie nauczyło mnie cierpliwości i systematyczności. Wiem, że codzienne małe kroki budują spektakularny końcowy sukces firmy – dokładnie tak samo, jak setki kilometrów budują formę na dzień startu.
TRUDNO, TRUDNIEJ… DA SIĘ!
Pobiegł pan we wszystkich maratonach cyklu Abbott World Marathon Majors. Który z nich był największym wyzwaniem logistycznym?
Bez wątpienia maraton w Nowym Jorku, w którym wystartowałem w listopadzie 2022 r. To niemal „maraton przed maratonem”. W przeciwieństwie do Berlina czy Chicago, gdzie na start można po prostu podjechać metrem czy podejść z hotelu, Nowy Jork wymaga ogromnej cierpliwości. Aby zdążyć na start, musiałem wstać około 4.00 rano. Najpierw przejazd przez Manhattan, potem specjalny prom na Staten Island, a na koniec autobus, który dowozi biegaczy do wioski startowej pod Mostem Verrazzano-Narrows. W samej wiosce startowej meldujesz się na dwie godziny przed swoim strzałem startowym. Spędzenie tego czasu na otwartej przestrzeni wymagało strategicznego ubioru (warstwy ubrań „na wyrzucenie”) i odporności psychicznej, by nie stracić energii jeszcze przed linią startu.
A pod względem sportowym który z maratonów jest najtrudniejszy?
Większość biegaczy bez wahania wskazałaby maraton w Bostonie jako ten najtrudniejszy sportowo w cyklu Abbott World Marathon Majors. Trasa prowadzi z punktu do punktu, z góry w dół. Teoretycznie to ułatwienie, w praktyce – „rzeź” dla mięśni czworogłowych uda. Pierwsza, zbiegająca część trasy bezlitośnie niszczy nogi biegaczy, którzy dali się ponieść emocjom i pobiegli za szybko. Gdy nogi są już „sklepane” zbiegami, trasa nagle zaczyna prowadzić pod górę. Seria czterech podbiegów, kończąca się legendarnym Heartbreak Hill, złamała już niejednego sportowca i zmusiła tysiące ludzi do marszu. Jednak dla mnie, choć biegałem w Bostonie dwukrotnie (w 2022 i w 2024 r.), to właśnie Nowy Jork w 2022 r. okazał się trudniejszym wyzwaniem dla organizmu.
Dlaczego, skoro to Maraton Bostoński jest zmorą biegaczy?
Był to najgorętszy Maraton Nowojorski w historii pomiarów, z temperaturami sięgającymi aż 24°C (75°F) i potężną wilgotnością. Dla maratończyka przyzwyczajonego do chłodnego, listopadowego polskiego powietrza takie warunki były prawdziwym sportowym horrorem. Nawet bez utrudnienia związanego z pogodą trasa nie należy do łatwych – jest pofałdowana, z licznymi monotonnym podbiegami na pięciu mostach. Najgorszy z nich to Queensboro Bridge w okolicach 25. kilometra. Nadchodzi zmęczenie, a ponieważ na mostach nie ma kibiców, brakuje ich dopingu. Ostatnie kilometry zaś prowadzą przez pagórkowaty Central Park. Jego teren wydaje się barierą nie do pokonania. Wtedy nawet oszałamiający doping kibiców nie pomaga.
SUKCESY I DUMA
Jakie to uczucie stanąć na mecie ostatniego z najważniejszych maratonów świata i dołączyć do elitarnego grona zdobywców Six Star Medal?
Czas na chwilę się zatrzymuje, w oczach pojawiają się łzy szczęścia, a przez głowę przelatuje absolutnie wszystko – każdy poranny budzik o świcie, każdy kilometr wybiegany w zimowym planie przed pracą i każda chwila zwątpienia. W jednej sekundzie przypominam sobie parną saunę w Nowym Jorku, podbiegi pod Heartbreak Hill w Bostonie, precyzję Tokio, idealny Berlin i szybkie Chicago. Kiedy na mecie w Londynie w kwietniu 2023 r., sekundę po wywalczeniu mojej życiówki – 03:09:09 – poczułem na szyi ciężar tego wyjątkowego, potężnego medalu, dotarło do mnie, że zamknąłem najważniejszy rozdział w mojej biegowej historii. Poczułem fizyczną ulgę i gigantyczną dumę. Mam świadomość, że właśnie dołączyłem do wąskiego globalnego grona biegaczy. Na całym świecie miliony ludzi biegają maratony, ale tylko ułamek procenta ma w sobie tyle determinacji, logistycznego zacięcia i sportowego szczęścia, by ukończyć wszystkie sześć Majors. Świadomość, że chłopak, który w 2013 r. zaczął biegać zimą tylko dlatego, że na rower było za zimno, dziś stoi w jednym rzędzie z maratońską elitą świata, jest wręcz nierealna.
Kibice w Bostonie, logistyka w Nowym Jorku czy szybka trasa w Berlinie – które z tych wspomnień najmocniej zapadło panu w pamięć?
Wszystkie te wspomnienia są niesamowicie silne, ale jeśli muszę wybrać jedno, to bezkonkurencyjni kibice i atmosfera w Bostonie. Kibice w tym mieście nie są widzami, ale integralną częścią biegu. Od samego startu trasa otoczona jest gęstym, nieprzerwanym szpalerem ludzi. Wszystko zaczyna się w samym sercu Bostonu, w parku Boston Common. Od wczesnych godzin porannych ustawiają się tam gigantyczne sznury kultowych żółtych autobusów szkolnych. Wsiada się do jednego z nich wraz z kilkudziesięcioma innymi biegaczami. Przestrzeń jest ciasna, fotele stworzone z myślą o dzieciach zmuszają do podkurczenia nóg, ale nikomu to nie przeszkadza. W tym autobusie nie ma już przypadkowych ludzi – jadą tam sami maratończycy, którzy musieli ciężko zapracować na swoje minima kwalifikacyjne. Podróż trwa blisko godzinę. Autobus wyjeżdża z tętniącego życiem Bostonu i kieruje się na zachód, w stronę kameralnego miasteczka Hopkinton. Im dalej od miasta, tym bardziej dociera do człowieka skala wyzwania. Jedzie się autostradą i przez okno widzi tablice z nazwami miejscowości, które za kilka godzin trzeba będzie minąć… o własnych siłach. W środku autobusu panuje niezwykła mieszanka emocji. Z jednej strony słychać rozmowy o taktyce, pogodzie i jedzeniu żeli energetycznych. Z drugiej – są momenty ciszy, gdy każdy, zamknięty w swoim świecie, próbuje złapać mentalne skupienie.
Dlaczego start w Hopkinton jest tak wyjątkowy?
Start w Hopkinton, małym, urokliwym miasteczku w Nowej Anglii, to jedno z najbardziej unikalnych i emocjonujących przeżyć w maratońskim świecie. Tysiące biegaczy z całego świata koczuje na trawie i pod wielkimi namiotami. Panuje tam niesamowita, lekko piknikowa, ale też przepełniona skupieniem atmosfera. Gdy nadchodzi czas, rusza się w stronę linii startu. Ten spacer przez uliczki Hopkinton ma w sobie coś z procesji. Mieszkańcy Nowej Anglii obchodzą tego dnia święto narodowe – Patriot’s Day. Od samego rana siedzą na gankach domów, piją kawę, machają flagami i życzą powodzenia każdemu mijającemu ich biegaczowi. Czuje się, że jest się gościem w ich domu, a oni są dumni, że to właśnie u nich zaczyna się ta legendarna historia. W okolicach połowy dystansu przebiega się obok żeńskiego college’u Wellesley. Krzyk tysięcy studentek słychać z odległości kilometra. To niesamowita, ogłuszająca ściana dźwięku zwana Wellesley Scream Tunnel, która potrafi postawić na nogi nawet najbardziej zmęczonego biegacza. Boston żyje tym maratonem.
Jak wygląda regeneracja po locie międzykontynentalnym, gdy za chwilę musi pan pobiec na dystansie 42 km?
To kluczowy element mojej strategii startowej. Kiedy zmieniam strefy czasowe, a za dwa – trzy dni mam przebiec 42 km, nie ma miejsca na przypadek. Przestawiam zegarek na strefę czasową miejsca docelowego, np. Nowego Jorku czy Tokio, i staram się żyć według nowego rytmu – jeść i spać tylko wtedy, gdy wypada to w kraju docelowym. Suche powietrze w samolocie to wróg maratończyka. Piję dużo wody i elektrolitów, unikam kofeiny i alkoholu. Na pokładzie kilkukrotnie spaceruję i robię lekkie rozciąganie. Po przylocie staram się spędzać jak najwięcej czasu na zewnątrz. Światło słoneczne to najsilniejszy sygnał dla mózgu, by przestawić zegar biologiczny. Jeśli przylatuję w ciągu dnia, absolutnie nie kładę się spać przed wieczorem. Po długim locie stawiam na lekkostrawne jedzenie, stopniowo wchodząc w fazę ładowania węglowodanów przed maratonem.
EMOCJE, KRYZYSY
Czy emocje związane z biegiem pozwalają zasnąć przed maratonem? Czy nie kusi, by pozwiedzać miasto?
Kwestia snu jest niezwykle ważna dla maratończyka. Bez nocnego odpoczynku nie da się dobrze pobiec, dlatego stosuję swoje triki, by jednak zasnąć. Przed snem maksymalnie zaciemniam i wyciszam pokój – wyłączam buczącą klimatyzację, lodówkę i wkładam zatyczki do uszu, a jeśli dalej słychać szum miasta, posiłkuję się słuchawkami z redukcją szumów. Kluczowa jest zasada, że najważniejszy jest sen na dwie noce przed startem – ta ostatnia noc przed maratonem i tak często bywa nerwowa.
Co dzieje się w pana głowie wokół słynnej „ściany” na 30. kilometrze?
W tym momencie maraton bezlitośnie oddziela przygotowanie fizyczne od siły charakteru. Właśnie wtedy kończą się zapasy glikogenu w mięśniach, a zaczyna się… czysta psychologia. U mnie to z reguły okolice 35. kilometra, ale mechanizm jest dokładnie taki sam. Gdy dopada mnie kryzys, moja głowa automatycznie przełącza się na tryb zadaniowy, znany z trudnych momentów w pracy. Nie panikuję. Dzielę pozostałą do przebiegnięcia trasę na małe, łatwe do zarządzania „projekty”. Mówię sobie: „Teraz liczy się tylko najbliższy punkt z wodą za dwa kilometry”. Skupiam się wyłącznie na mikrocelach. Nie walczę z faktem, że boli, ale akceptuję to. Mówię sobie w duchu: „OK, jest ciężko, ale trenowałeś na tę chwilę przez ostatnie miesiące”. Analizuję międzyczasy, kontroluję technikę biegu, sprawdzam czas podania kolejnego żelu energetycznego itp. Odciągam w ten sposób głowę od bólu.
MARZENIA I PLANY
Skoro ukończył pan już wszystkie najważniejsze maratony świata, jakie jest pana kolejne marzenie biegowe?
Kiedy w kwietniu 2023 r. w Londynie odebrałem upragniony Six Star Medal, przed chwilę zastanawiałem się, co teraz. Wiedziałem, że to nie koniec i niemal jednocześnie pojawiły się dwa pomysły. Jednym było ponowne ukończenie całej szóstki najważniejszych maratonów świata. Przebiegłem w swoim życiu 30 maratonów na pięciu różnych kontynentach, ale dla mnie ta szóstka – Tokio, Boston, Londyn, Berlin, Chicago i Nowy Jork – to absolutny Święty Graal biegania i nic nie jest w stanie tego przebić. Te biegi mają unikalną historię, niesamowitą atmosferę i magię, którą chce się przeżywać w kółko. To absolutnie najlepsze imprezy biegowe na świecie, do których dorzuciłbym jeszcze Walencję i Sydney. Jestem w trakcie realizacji tego projektu. „Podwójnie przebiegane” mam już Boston, Berlin i Chicago.
A czego dotyczy ten drugi pomysł?
Nowy projekt to uczestnictwo w Nine Star – czyli poszerzenie formuły World Marathon Majors o kolejne trzy maratony. Do dotychczasowej wielkiej szóstki (Tokio, Boston, Londyn, Berlin, Chicago, Nowy Jork) dołączają: Sydney, Kapsztad (Cape Town) oraz Szanghaj. Moim celem jest ukończenie wszystkich dziewięciu i skompletowanie tej nowej, elitarnej korony. W zeszłym roku poleciałem do Australii, by zmierzyć się z trasą, która jako pierwsza oficjalnie dołączyła do tego wyjątkowego cyklu. Logistyka lotu na inny kontynent i walka z jet lagiem to ogromne wyzwania, ale wbiegnięcie na metę przy Operze w Sydney było tego warte.
Całkiem niedawno wrócił pan z kolejnego maratonu…
24 maja tego roku przebiegłem maraton w RPA z czasem 03:20:06, meldując się na mecie u podnóża Góry Stołowej. Tu warto jednak dodać, że maraton w Kapsztadzie nie jest jeszcze oficjalnie zatwierdzony jako bieg z cyklu World Marathon Majors, więc decyzję o udziale w nim podjąłem jako pewne biegowe ryzyko. Afrykański maraton znajduje się teraz w fazie sprawdzania, czy spełnia najwyższe światowe standardy logistyczne, sportowe i organizacyjne. Jeśli wynik będzie pozytywny, to biegacze, którzy ukończyli go w tym roku (2026), otrzymają oficjalną gwiazdkę wstecznie. Jeśli wszystko potoczy się według moich założeń, ósma gwiazdka jest już bezpieczna na moim koncie. A ja mogę ze spokojną głową planować logistykę pod start w Szanghaju w 2027 r., bo wtedy może on oficjalnie otrzymać status maratonu z cyklu World Marathon Majors.
Życzę więc, by wszystko poszło zgodnie z planem. Udanego startu w Szanghaju!
rozmawiała Sylwia Maj
Artykuły miesiąca
OD JOGGINGU DO PRESTIŻOWYCH MARATONÓW
- Artykuły miesiąca
- Odsłony: 81







