Czego średniowiecze może nas nauczyć o depresji i wypaleniu?
„Kiedyś tego nie było!” Ileż razy słyszałam to od ludzi w wieku moich rodziców i dziadków, kiedy na tapet brano temat depresji czy też wypalenia zawodowego. Oczywiście takie stwierdzenie to zupełna nieprawda: takie problemy były, są i będą. To, że dawniej nie miały fachowych medycznych nazw, nie zmienia faktu, że ludzie się z nimi zmagali.
W czasach średniowiecznych uczeni, duchowni, medycy i zwykli obywatele bardzo intensywnie poszukiwali sposobów na wyjście z dołka. Średniowieczne spostrzeżenia dotyczące radzenia sobie z wypaleniem do dziś zachowują zaskakującą aktualność.
NIHIL NOVI – NIC NOWEGO
Jeśli kiedykolwiek doświadczyłeś wypalenia, wyczerpania lub depresji, być może znasz przynajmniej część stanów, które opisuje Jan Kasjan i jemu współcześni. Kasjan pisał w V w. n.e., a jego słowa nie były skierowane do współczesnych menedżerów, lecz do wczesnych chrześcijan, wyczerpanych swoim życiem duchowym, natłokiem myśli i troskami o codzienność.
Czy takie świadectwa mogą rzucić światło na bolączki współczesności, a nawet wskazać lekarstwo? Taką tezę stawia historyk Peter Jones w swojej nowej książce „Self-Help from the Middle Ages: A Journey into the Medieval Mind”, oferującej fascynujący wgląd w to, jak duchowni pełniący rolę swego rodzaju terapeutów pomagali wiernym wyjść ze stanu duchowej udręki. Jego badania ukazują, jak powszechne było w dziejach poczucie wyczerpania – świadomość tego faktu może sama w sobie przynieść ukojenie każdemu, kto mierzy się z „mroczną nocą duszy”. Pokazuje to również, że depresja nie jest „wynalazkiem słabeuszy naszych czasów”.
Zawsze, kiedy odkrywam coś nowego na temat tamtych czasów, przywołuję w myśli słowa Bernarda z Chartres, który mówił: „Jesteśmy jak karły, które wspinają się na ramiona gigantów, by widzieć więcej od nich i dalej sięgać wzrokiem, i to nie za sprawą bystrości swojego wzroku czy wysokości ciała, lecz dzięki temu, że wspinamy się w górę i wznosimy na wysokość gigantów”.
W średniowieczu kryje się mnóstwo mądrości, które nie tylko mogą rzucić światło na problemy współczesne, ale także służyć pomocą w ich rozwiązaniu. Widzieliśmy już przecież wysyp książek o „filozofii stylu życia” czerpiących z dorobku starożytnych stoików, mędrców filozofii Wschodu i Północy. Być może najwyższa pora zaczerpnąć inspirację również ze średniowiecznych rękopisów.
Jak wyjaśnia Jones, grzechy główne nie występują w Biblii; zostały one sformułowane przez wczesnochrześcijańskich myślicieli, takich jak Kasjan. Następnie ich katalog doprecyzował papież Grzegorz Wielki, który uznał je za doskonałe narzędzie do analizy rozterek ducha. Ten system, służący do porządkowania i przetwarzania wszelkich myśli, obejmował: pychę, zazdrość, gniew, lenistwo, chciwość, obżarstwo i nieczystość. Stany depresyjne kojarzono przede wszystkim z lenistwem. Ale nie bagatelizowano ich, nie patrzono na człowieka dotkniętego tym problemem jak na „nieroba”. Zdawano sobie sprawę z tego, że apatia i niemoc pochodzą z trosk, przepracowania i chęci osiągnięcia celu, który zdaje się cierpiącemu wymykać z rąk.
DEMON POŁUDNIA
Jak zauważał Jan Kasjan, chrześcijański teolog i mnich, popularyzator monastycyzmu i ascetyzmu wschodniego w Kościele zachodnim, objawy towarzyszące stanom depresyjnym zawsze były takie same: znużenie i poczucie beznadziei, pragnienie znalezienia się gdziekolwiek indziej, byle nie w pracy (czy też w miejscu, gdzie cierpiący się w danej chwili znajduje), oraz „mgła mózgowa” – swoisty irracjonalny zamęt umysłu, sprawiający, że ludzie czuli się bezczynni i bezużyteczni, tęskniąc jedynie za „ukojeniem, jakie daje sen”.
Oczywiście uczony teolog nie omieszkał w swoich zapiskach zostawić potomnym nazwy tej bardzo nieprzyjemnej choroby – acedia. Znana także jako „demon południa”, „kwaśność czarnej żółci” i „choroba ascetów”, była postrzegana jako bardzo poważna przypadłość. I to nie tylko dlatego, że niektórzy, na przykład Tomasz z Akwinu, uważali ją za grzech ciężki, ponieważ łączono ją z lenistwem – ale przede wszystkim z powodu cierpień fizycznych. Brak apetytu, stany lękowe, doprowadzający do skrajnego wyczerpania brak snu. Zauważalna była, jak podają źródła, zwłaszcza w kręgach ludzi uczonych i duchownych, którzy skupieni byli na studiowaniu dróg do osiągnięcia świętości, pokoju serca i doskonałości w dziedzinie wiary i życia codziennego.
Acedia była także często wiązana z odczuwaniem braku miłości i duchową pustką. To stan, w którym wszystko, co dawniej rozjaśniało ci dzień, teraz pozostawia cię obojętnym i nieporuszonym. Anonimowy autor jednego z rękopisów obrazowo opisuje stan, w jakim się znajduje. Mówi, że to, co przeżywa, jest jak „stanie pośrodku rwącej rzeki, twarzą do nurtu, który pieni się i uderza w nogi, podczas gdy człowiekowi brakuje sił, by ruszyć naprzód”. Wielu z nas może bez trudu rozpoznać opisywany tu stan.
Czytając zapiski jednego z autorów pochodzących z XII-wiecznych Niemiec, odnajdujemy opis ogromnej frustracji towarzyszącej pracy urzędniczej; jego skargi mogłyby znaleźć oddźwięk u niejednego współczesnego menedżera czy „korposzczura”. Jego wiersze traktowały o nieustannym trudzie daremnej pracy, którą postrzegał jako małostkową i bezsensowną – o dawaniu z siebie wszystkiego przy jednoczesnym wyczerpywaniu wszelkich sił życiowych. Trudno na tej choćby podstawie nie dostrzec bezpośredniego związku między acedią opisywaną przez średniowiecznych chrześcijan a współczesnym wypaleniem zawodowym – którego objawy obejmowały m.in. skłonność do zajadania stresu oraz ucieczkę w bezmyślne rozrywki zamiast wykonywania sensownej pracy.
To klasyczne błędne koło. Osoby dotknięte acedią tracą zdolność do duchowego rozwoju: medytacji i kontemplacji spraw duchowych, a obrane przez nie – niefortunne – strategie odzyskiwania sił jedynie pogarszają ich stan. Praca staje się koszmarem, po którym jedyną ucieczką wydaje się pójście do karczmy. Pod tym względem ludzie średniowiecza są dokładnie tacy jak my, wyczerpani XXI w., wypaleni zawodowo, oddający się szeregowi równie nieproduktywnych działań zastępczych.
PRZYBĄDŹ NAM KU POMOCY
Do XIII w. powstał szereg popularnych poradników, które miały wskazywać duchownym najlepsze sposoby pomagania wiernym w przezwyciężaniu problemów acedii podczas spowiedzi. Gdy przyjrzymy się tym materiałom, całość przypomina współczesną terapię. Zamiast jedynie upominać wiernych, zachęcają one do rozmowy, która jest wnikliwa i pełna niuansów – i która dotyka istoty rzeczy.
Jakie zatem były rozwiązania? Autor jednego z rękopisów posługuje się nieoczywistym nawiązaniem biblijnym: „Czy tego chcesz, czy nie, Jebusyci żyją w twoich granicach” – pisał. „Możesz ich sobie podporządkować, ale nie możesz ich wytępić”. Jebusyci to starożytne plemię, które niegdyś zajęło Jerozolimę i którego nie dało się wyprzeć. W ten sposób autor radzi osobie cierpiącej na acedię, by nauczyła się żyć ze swoimi odczuciami, zamiast z nimi walczyć. Metafora wewnętrznego wroga nadal doskonale opisuje, co czuje osoba dotknięta stanami depresyjnymi.
Guillelmus Peraldus przyjmuje podobne podejście i nakazuje nam pamiętać, że pole porośnięte cierniami pewnego dnia również wyda owoce. Nie wszystko jest stracone, twój stan jest zły w tym momencie, ale żyjesz, chcesz „wyplenić” nękające cię chwasty i z pewnością osiągniesz sukces. Aby zmienić negatywne nastawienie, Peraldus radzi odnaleźć „potężną górę” – swego rodzaju wyższy cel, który pomoże przetrwać trudne chwile. Zdaje się mówić: potrzebujesz wsparcia i siły płynącej od kogoś lub czegoś, co kochasz, by przez to przejść. Jeśli wierzysz w to, co kochasz, z czasem to do ciebie wróci.
Słowa te mogą brzmieć banalnie, jednak uderzająco przypominają współczesne metody radzenia sobie z wypaleniem i innymi problemami natury emocjonalnej. Na przykład terapia akceptacji i zaangażowania (ACT) zachęca nas do uznania własnych emocji bez prób ich zmieniania. Oprócz nauki oswajania się z tymi emocjami zaleca się nam również określenie osobistych wartości i podejmowanie konkretnych, zgodnych z nimi działań w codziennym życiu. Jeśli dodamy do tego kilka średniowiecznych metafor – choćby pól pełnych cierni czy potężnych gór – otrzymamy koncepcję bardzo zbliżoną do zaleceń sformułowanych przez Peraldusa osiemset lat temu.
Co być może najważniejsze, ci średniowieczni myśliciele przypominają nam o sile wybaczania samemu sobie – co stanowi kolejny powracający motyw we współczesnej psychoterapii. Bernard z Clairvaux – jeden ze współzałożycieli zakonu templariuszy – porównywał życie godne (cnotliwe, produktywne, przynoszące owoce i sens) do biegu przez trudny teren i twierdził, że każdy, kto biegnie wystarczająco długo, w końcu się przewróci lub potknie. Wszyscy będziemy mieć chwile, w których całkowicie stracimy poczucie kierunku, ale zawsze możemy się podnieść i iść dalej, a kiedy pewniej staniemy na nogach – zaczniemy znowu biec.
Wielką pociechę dawała średniowiecznym także sama świadomość, że nie jest się osamotnionym w swoim cierpieniu. Niezależnie od tego, co nas trapi, ludzie od tysięcy lat miewają podobne odczucia. Krzepiąca była dla ówczesnych myśl o towarzystwie ludzi z dawnych czasów, dlatego w „poradnikach” opisujących sposoby na radzenie sobie z depresją przywoływano przykłady z zamierzchłych epok, aby pokazać, że ten stan otępienia nie jest nowy i można znaleźć na niego lekarstwo.
Zmagania z depresją i wypaleniem zawodowym nie są łatwe. Ludzie we wszystkich czasach kładli i kładą sobie na barki ciężkie brzemię doskonałości, wielkości, produktywności i dostępności 24/7. Każdy nowy dzień zaczyna się często od przypominania sobie, że możesz czuć się zmęczony, że może ci się nie chcieć, że każde małe zwycięstwo jest ważne, a w swojej walce nie jesteś sam.
Piękne jest w średniowiecznych tekstach to, że zachęcały do szukania pomocy, dawały mądre i bardzo uniwersalne rady, a ich autorzy stawiali cierpiącego na acedię w centrum, słuchając jego skarg i oferując mu najlepszą, jaką mogli, pomoc. Wiem, jak trudno szukać pomocy, kiedy jest ciężko, ale zapewniam was, że warto; wiem o tym ja i wiedzieli średniowieczni.
Anna Albingier
Artykuły miesiąca
DEPRESJA – NIC NOWEGO
- Artykuły miesiąca
- Odsłony: 111







