Zdarza się, że przez cały dzień marzysz o tym jednym momencie, w którym wreszcie będziesz mogła usiąść i nic nie robić. Wydaje się, że kiedy tylko pojawi się chwila spokoju, wszystko się uspokoi: oddech się wyrówna, ciało odpuści, a głowa przestanie pracować na najwyższych obrotach. Tymczasem, kiedy ten moment naprawdę przychodzi, często okazuje się, że zamiast ulgi pojawia się coś zupełnie innego — niepokój, rozproszenie albo wrażenie, że nie bardzo wiesz, co zrobić z tym czasem.
Siedzisz, ale myśli wciąż krążą wokół spraw, które zostały niedokończone, rozmów, które warto byłoby jeszcze raz przeanalizować, i rzeczy, które czekają na jutro. Sięgasz po telefon, odkładasz go po chwili, włączasz coś do obejrzenia, ale trudno się skupić, próbujesz się położyć, ale ciało pozostaje napięte. I nagle okazuje się, że chwila, na którą czekałaś, mija bez poczucia odpoczynku, jakby coś w środku nie pozwalało się naprawdę zatrzymać.
To doświadczenie jest bardzo powszechne, choć rzadko o nim mówimy wprost, bo łatwo wtedy pomyśleć, że coś jest z nami nie tak. Skoro mamy czas, a mimo to nie potrafimy odpocząć, pojawia się wątpliwość, czy nie utraciłyśmy tej umiejętności albo czy nie robimy czegoś źle. Tymczasem dużo częściej nie chodzi o brak zdolności do odpoczynku, tylko o to, że przez długi czas funkcjonowałyśmy w trybie, który nie przewiduje prawdziwego zatrzymania.
Kiedy większość dnia spędzasz w działaniu, reagowaniu i ogarnianiu, Twój system przyzwyczaja się do określonego tempa. To tempo nie znika tylko dlatego, że na chwilę siadasz. Głowa nadal działa tak, jakby coś jeszcze było do zrobienia, a ciało pozostaje w stanie gotowości, nawet jeśli z zewnątrz nic się już nie dzieje. To trochę tak, jakbyś próbowała zahamować samochód, który przez długi czas jechał z dużą prędkością — zatrzymanie nie następuje od razu.
Dodatkowo wiele z nas nosi w sobie przekonanie, że odpoczynek jest czymś, na co trzeba najpierw zasłużyć. Najpierw wszystko powinno być ogarnięte, lista zadań zamknięta, obowiązki dopięte, a dopiero potem można pozwolić sobie na chwilę dla siebie. Problem polega na tym, że taka lista praktycznie nigdy się nie kończy. Zawsze pojawia się coś jeszcze, co można zrobić, poprawić albo dokończyć, więc odpoczynek jest nieustannie przesuwany na później.
Kiedy w końcu pojawia się przestrzeń, nie towarzyszy jej poczucie ulgi, tylko raczej napięcie, które wcześniej było przykryte działaniem. Zatrzymanie oznacza bowiem, że zaczynasz czuć to, co było odkładane w ciągu dnia — zmęczenie, rozdrażnienie, czasem smutek albo frustrację. I to może być niekomfortowe, dlatego bardzo naturalnym odruchem jest powrót do działania, nawet jeśli oznacza to zajęcie się czymś zupełnie nieistotnym.
To szczególnie wyraźne u osób, które na co dzień biorą na siebie dużo odpowiedzialności i są przyzwyczajone do tego, że „dają radę”. W takim trybie łatwo jest zapomnieć, że odpoczynek nie polega wyłącznie na tym, że nic nie robisz, ale na tym, że Twój system naprawdę dostaje sygnał, że może się wyłączyć z trybu ciągłej gotowości. A to jest proces, który wymaga czasu i pewnego przyzwyczajenia, zwłaszcza jeśli przez długi czas nie było na to przestrzeni.
Życie w obcym kraju może dodatkowo wzmacniać ten mechanizm, bo nawet jeśli wszystko wygląda z zewnątrz „normalnie”, w środku często towarzyszy nam większa czujność. Trzeba bardziej uważać, więcej spraw sprawdzać, częściej się zastanawiać, czy coś zostało dobrze zrozumiane albo czy wszystko jest załatwione tak, jak powinno. To sprawia, że organizm rzadziej naprawdę odpuszcza, a chwile spokoju nie zawsze są odczuwane jako bezpieczne.
Dlatego zamiast oczekiwać od siebie, że odpoczynek od razu będzie głęboki i regenerujący, warto spojrzeć na to trochę inaczej. Może nie chodzi o to, żeby od razu poczuć ulgę, tylko o to, żeby dać sobie czas na stopniowe zwalnianie. Na początku może to być po prostu kilka minut, w których nie próbujesz niczego nadrabiać ani wypełniać tej przestrzeni kolejnymi zadaniami. To mogą być bardzo zwykłe momenty, w których pozwalasz sobie nie być produktywną.
Z czasem takie chwile zaczynają się wydłużać i stają się bardziej naturalne, ale nie dzieje się to od razu. To raczej powolne uczenie się innego tempa, w którym nie wszystko musi być zrobione natychmiast i nie każda przerwa musi być „dobrze wykorzystana”. Odpoczynek przestaje wtedy być zadaniem, a zaczyna być przestrzenią, w której nic nie musisz udowadniać.
Z takiego trybu nie wychodzi się jedną decyzją, tylko małymi krokami, w których zaczynasz traktować siebie trochę łagodniej.
Bo czasem największą zmianą nie jest to, co robisz w tej wolnej chwili, tylko to, że przestajesz od siebie wymagać, żeby była idealna.
autorka: wolontariuszka
Platformy Antyprzemocowej
Elles pour Elles
Artykuły miesiąca
NIE MAM SIŁY, ALE KIEDY W KOŃCU MAM CHWILĘ, NIE WIEM, CO Z NIĄ ZROBIĆ
- Artykuły miesiąca
- Odsłony: 100







