Zanik umiejętności posługiwania się językiem! Upadek słowa pisanego i powrót do pisma obrazkowego! Infantylizacja i ogłupienie! A może szybkość przekazywania informacji i wzbogacenie korespondencji? Jak to właściwie jest z emotikonami i emoji? Przecież używamy ich wszyscy!

EMJTIKLNY, CZYLI POKAŻ EMOCJE

Zaczęło się od Smile i Frown, i to wiele lat temu – w 1982 r. pewien informatyk zaproponował, by za pomocą znaków interpunkcyjnych spróbować oddać emocje i nastrój. Do dziś najpowszechniejszy z popularnych buziek jest chyba uśmiech, czyli smiley, ale znaki te mogą wyrazić praktycznie wszystko. Nie trzeba już badać i opisywać dokładnie swoich stanów emocjonalnych lub odczuć w konkretnej sytuacji (co za ulga, zwłaszcza dla panów!), a przy tym ile zyskujemy na czasie. Wstawiamy odpowiednią buźkę i sprawa załatwiona! Zamiast więc wyrazić zadowolenie, np. słowami „cieszę się”, wystarczy Smile (lub Laughing jeśli nasza radość jest ogromna lub coś wyjątkowo pobudziło nas do śmiechu). Gdy nam smutno, robimy Frown; w innej sytuacji możemy mrugnąć oczkiem ;) lub wystawić język Tongue out .

Hmm, no właśnie, trochę to infantylne – jak utrzymują krytycy, bo przecież tymi symbolami posługują się nie kilkuletnie dzieci (choć i one także) i nie wyłącznie nastolatki, ale też dorośli – niezależnie od wykształcenia i stanowiska. Czy możemy jeszcze sobie w ogóle wyobrazić korespondencję prywatną bez tych poręcznych znaków? I jeśli tylko będą one dodatkiem do tekstu, a nie główną treścią, to nic złego się nie stanie. Ktoś, kto nigdy nie użył emotikony w SMS-ie, na czacie lub w mailu, niech pierwszy rzuci kamień!

Emotikonowy savoir-vivre

Gdy piszesz do osoby starszej, nieznajomej, wyżej postawionej (szef) lub takiej, z którą łączą cię inne formalne stosunki (np. nauczyciel), lepiej unikaj ich wstawiania. Absolutnie niedopuszczalne jest stosowanie emotikon w mailach do potencjalnego pracodawcy, profesora na uniwersytecie lub w pismach urzędowych.

Pamiętaj, żeby nie przesadzać – doceń inteligencję odbiorcy. Nie każde zdanie musi kończyć się uśmieszkiem czy mrugnięciem, by twoje intencje zostały właściwie odebrane.

EMOJI, CZYLI OBRAZEK WART TYSIĄCA SŁÓW

Oddawanie emocji za pomocą znaków interpunkcyjnych to chyba jednak za mało. Niezawodni Japończycy poszli więc o krok dalej i rozwinęli emoji (wym. [emodʑi]; połączenie wyrazów e ‘obrazek’ i moji ‘pismo’). To system kolorowych symboli przedstawiających nie tylko buzie z emocjami, ale też – czy raczej przede wszystkim – różnorodne przedmioty z życia codziennego, owoce i warzywa itd. Inspiracją do ich stworzenia były obrazki z mangi (np. żarówka symbolizująca pomysł) oraz znaczki wykorzystywane do przedstawiania… prognozy pogody.

Pierwsze emoji powstały w 1999 r. i z czasem stały się nieodłącznym elementem komunikatorów internetowych, a w końcu trafiły na smartfony – od kiedy w 2011 r. Apple wyposażył swoje produkty (iPhone itd.) w nowy „alfabet”. Urozmaicają korespondencję i – co tu dużo mówić – po prostu cieszą oko uroczym wyglądem (tutaj pewnie też pojawią się zarzuty o infantylność). Teraz nie trzeba już mówić „kocham” – o ileż wymowniejszy jest symbol serca! Nawiasem mówiąc, w 2014 r. wysłano go aż miliard razy. Chyba nikt się nie zdziwi, że kochliwi ponoć Francuzi posługiwali się nim cztery razy częściej niż przedstawiciele innych narodowości.

Z kolorowymi obrazkami trzeba jednak uważać. O ile emocje przedstawiane za pomocą emotikon są uniwersalne, o tyle emoji mogą być powodem nieporozumień kulturowych i – językowych. Obrazkami trudno oddać niuanse słowne (choć zespół kilkuset osób „przetłumaczył” na nie „Moby Dicka”!). Prezentują one także dość uproszczoną wizję świata, stąd np. decyzja Apple, by uwzględnić różnice w wyglądzie mężczyzn i kobiet z różnych kręgów kulturowych.

BŁĘDNE KOŁO?

Dużą część językoznawców niepokoi rozprzestrzenianie się emotikon i emoji. Obawiają się, że zastępowanie tekstu obrazkami prowadzić może do obniżenia zdolności komunikowania się ludzi i zagraża szeroko pojętej kulturze słowa. Tak jak tysiące lat temu zaczynaliśmy od hieroglifów i piktogramów, by wreszcie wykształcić pismo, tak teraz do nich wracamy. Zatoczyliśmy koło.

Z drugiej strony – może nie trzeba się aż tak dziwić i oburzać. Obraz trafia do nas łatwiej i zostaje na długo, za jego pomocą szybciej i często dobitniej przekazać można pierwsze wrażenia, odczucia. Często przesyłamy obrazki (lub zdjęcia) bez specjalnego powodu – po prostu po to, by podtrzymać kontakt lub dać do zrozumienia, że o danej osobie myślimy. To chyba całkiem pozytywny aspekt tego zjawiska.

W internecie krąży wiele quizów – z wykorzystaniem emoji, a jakże. Są to serie obrazków przedstawiające postaci lub przedmioty charakterystyczne dla znanych książek i filmów lub nawiązujące do przebiegu fabuły. Zadaniem jest odgadnięcie, o jakie dzieło chodzi – żeby więc rozwiązać łamigłówkę, trzeba się wykazać nie lada znajomością literatury i filmu. A ile przy okazji satysfakcji! To tylko jeden z przykładów pomysłowego wykorzystania piktogramów – może więc nie będzie tak źle?

(emoji „Kung Fu Panda”)

H.S.

 

Gazetka 144 – wrzesień 2015