Jak świat długi i szeroki, wszędzie obowiązuje jakieś prawo. Czasami tworzone na potrzeby twórców, czasami kompletnie absurdalne i tylko przez jego autorów rozumiane. Wielka Brytania też może się pochwalić zapisami, które nadal obowiązują, choć aż proszą się o sprecyzowanie lub po prostu usunięcie ze wszelkich możliwych mądrych ksiąg, bo ich pochodzenie sięga nawet XIII wieku. Archaiczne i bezużyteczne – ale funkcjonują nadal, niemal 800 lat później. Bo prawo to prawo. A jeśli jest zapisane, to znaczy, że obowiązuje.

Jeden z zadziwiających zapisów mówi, że brytyjscy posłowie i lordowie mają zakaz wnoszenia broni i zakładania zbroi w gmachu parlamentu. Oczywiście, który poseł czy lord zakładałby dzisiaj zbroję lub przychodził do pracy z mieczem? Sęk w tym, że prawo to powstało w roku 1313, za panowania króla Edwarda II, jako próba zakończenia politycznego chaosu i nieporozumień na linii szlachta – król. Dzisiaj zapis ten przypominany jest przede wszystkim jako ciekawostka przy okazji niezwykle teatralnego widowiska, jakim jest uroczyste otwarcie sesji obu izb parlamentu z udziałem monarchy. Wtedy właśnie do siedziby posłów i lordów uroczyście wkraczają żołnierze straży przybocznej Elżbiety II. Tylko oni mają prawo wejść do Pałacu Westminsterskiego w pełnym uzbrojeniu.

Zbiór zapisów prawnych dotyczący policji metropolitarnej także w wielu kwestiach na przestrzeni lat nie uległ żadnej zmianie. Do dziś obowiązuje na przykład prawo zakazujące trzepania dywanów i chodników przed domem lub trzepania wycieraczek po godzinie 8.00 rano. To samo prawo za nielegalne uznaje trzymanie chlewu przed domem, piłowanie, wiercenie (rzecz jasna, z wyjątkiem remontów czy podobnych okoliczności) oraz wrzucanie popiołu czy ryb do kanalizacji publicznej. Pod groźbą aresztowania i dalszych kar nie można biegać od drzwi do drzwi i dzwonić lub pukać bez powodu. Nie wolno także nakazywać ani godzić się na to, by służący myli lub malowali okna, stojąc na parapecie. Zakazano też strzelania z armat lub dział im podobnych w odległości mniejszej niż 274 metry od jakiegokolwiek domostwa, aby nie zakłócać niczyjego spokoju. Kara wynosi 200 funtów – tyle samo, ile zapłacić trzeba za każdą sztukę bydła pędzonego ulicami między 10.00 a 19.00 (choć z drugiej strony stołeczna uchwała z 1835 roku daje pełne prawo przeprowadzania stada owiec przez London Bridge każdemu, komu nadano odpowiednik tytułu honorowego obywatela miasta – Freedom of The City of London). W Szkocji natomiast nie wolno prowadzić krów czy koni pod wpływem alkoholu. Kara za wykroczenie to 1200 funtów plus koszty opieki nad zarekwirowanym zwierzęciem. Zapis z roku 1872 zakazuje również prowadzenia pojazdu parowego w stanie nietrzeźwym.

W 1984 roku zakazano osobom roznoszącym najróżniejsze zarazki lub przewlekle chorym (szczególnie na dżumę!) korzystania z transportu publicznego. Wyjątkiem może być taksówka, o ile kierowca wcześniej zostanie poinformowany o problemach pasażera, sam zgodzi się na jego przetransportowanie, a potem natychmiast zdezynfekuje pojazd. Cztery lata później wprowadzono w życie prawo, które zakazuje dokonywania eksplozji nuklearnych. Nikt jednak nie wie, skąd się wziął taki zapis, ponieważ nie stwierdzono domowych reaktorów, które mogłyby takie zagrożenie ze sobą nieść.

Ciekawostką jest też zapis sprzed 11 zaledwie lat, zgodnie z którym nie wolno sprowadzać w ramach importu lub w innych celach zarobkowych ziemniaków, które pochodzą z Polski (albo istnieje podejrzenie, że właśnie stamtąd).

Brytyjskie prawo pełne jest dziwnych (dzisiaj) zapisów, które nadal funkcjonują, jak choćby ten, według którego nie wolno umierać w budynkach parlamentu (choć nie do końca wiadomo, jaka kara wiąże się z tym przestępstwem i kto miałby ją ewentualnie ponieść). Nieoficjalnie mówi się, że zapis ten wprowadzono ze względu na zasadę, zgodnie z którą każdy, kto umrze w gmachu parlamentu, zasługuje na państwowy pogrzeb, więc prawo ma temu zapobiec. Inne zadziwiające przepisy? Zdradą stanu (!) jest naklejenie znaczka z wizerunkiem monarchy do góry nogami. W mieście York można zabić Szkota w starych murach miasta, jeśli ten ma przy sobie łuk i strzały (a w Hereford i Chester można zabić Walijczyka, ale tylko z łuku). Kobiety w Liverpoolu nie mogą publicznie pojawiać się topless, jeśli nie pracują w sklepie z rybkami tropikalnymi. Nie wolno być pijanym w pubie, a w Londynie nie wolno ślizgać się na śniegu lub lodzie, puszczać latawców w miejscach publicznych, wciskać się do kolejki w metrze, używać klaksonu w złości lub uprawiać hazardu w bibliotekach. Aby dodać absurdu, to samo brytyjskie prawo od roku 1888 nakazuje rowerzystom ciągłe korzystanie z dzwonka, kiedy poruszają się ulicami Londynu, i nadal zezwala kobietom w ciąży załatwianie potrzeb fizjologicznych w każdym, dowolnym miejscu, łącznie z czapką czy kaskiem policjanta (!). Ale żeby nie było zbyt kolorowo, XIX-wieczne zapisy zabraniają kobietom (w ogóle) jedzenia czekolady w środkach transportu publicznego.

W wielu przypadkach prawo sięga średniowiecza i do dziś nie było nowelizowane. Jego archaiczność bawi, choć należy pamiętać, że poszczególne paragrafy wprowadzano wtedy, kiedy były jak najbardziej uzasadnione, dyktowane ówczesnymi uwarunkowaniami społecznymi i kulturowymi. Oczywiście logiczne byłoby usunięcie takich zapisów, bo mogą doprowadzić do kuriozalnych sytuacji, nawet jeśli stanowią jedynie ciekawostkę historyczną.

 

Filip Cuprych

Gazetka 146– listopad 2015