Ostatnio boję się włączać telewizor i wchodzić na strony z wiadomościami w internecie. Poprzednim razem miałam tak po atakach terrorystycznych we Francji. Teraz boję się, że znowu pobili kogoś w Anglii albo w Polsce za to, że mówi innym językiem. Wiem, że nie tylko mnie to wszystko zaczyna przerastać.

Rasizm względem „naszych” (i nie tylko) był na Wyspach obecny zawsze. Nie zaczęło się od nienawiści za narodowość i zdaje mi się, że nadal nie o nią tak naprawdę chodzi, ale o tym za chwilę. Zaczęło się oczywiście od obaw, że Polacy (i nie tylko), podejmujący się każdej pracy za nawet najmniejsze pieniądze, staną się dla Brytyjczyków konkurencją nie do pokonania, i tak jak u nas wszyscy boją się przyjezdnych z Ukrainy i Białorusi, tak tam opinia publiczna zadrżała na myśl o „hordzie ze Wschodu”.

Część naszych rodaków wynajmuje pokoje, w których mieszka ze sobą czasem i siedem osób, bo tak jest taniej. Żyją na chińskich zupkach, pracują do utraty tchu bez względu na wszystko, biorą najniższe stawki, ale i tak do Polski wracają jak wielcy państwo. Nie można ich za to winić, skoro często po latach prób i starań nie znaleźli w ojczyźnie obiecywanego wszystkim szczęścia.

Brexit rozbił jedynie tamę szamba nienawiści, które teraz zalewa Wyspy. Obrywają zapewne i inni, ale o Polakach najgłośniej się mówi. I dobrze, bo może ktoś się wreszcie obudzi i zada sobie fundamentalne pytanie: Kto do tego wszystkiego doprowadził? Nie Unia Europejska, jak chcieliby zwolennicy Brexitu, ale polityka wewnętrzna państwa, które nie potrafiło zapewnić młodym, często mało wykwalifikowanym i wykształconym Anglikom zatrudnienia. Frustracja rodzi agresję, którą wyzwoliły bezmyślne wystąpienia panów Nigela Farage’a i Borisa Johnsona, którzy najpierw pod niebiosa wychwalali swój plan naprawy kraju, bo przecież Anglia w ruinie i wszystkiemu winni tajemniczy ONI z UE (czy to nie brzmi znajomo?), a kiedy okazało się, że żadnego planu nie ma, wzięli nogi za pas. Anglicy otwarcie mówili (co można z niesmakiem i uśmiechem pogardy dla ich niewiedzy przeczytać w tysiącach wypowiedzi w internecie), że nie wiedzieli, co wyjście z Unii oznacza; część z nich wyznaje nawet, że nie ma pojęcia, co to jest UE i dlaczego Wielka Brytania chce z niej wyjść.

Ostatnie napaści na Polaków pokazują, że Wielka Brytania nie radzi sobie nie tylko z napływem imigrantów, i nie mówię tu o tych z Syrii czy Somalii, ale też z odpowiednim informowaniem i kontrolowaniem swoich obywateli. Grupa dzieciaków okłada na środku ulicy bezbronnych mężczyzn i nikt nie wzywa policji? Nikt nie reaguje? I to jest ta sławiona przez prawicę w Europie „chrześcijańska kultura łacińska”? O taką Europę walczyli nasi dziadkowie z nazizmem, który przyzwalał na dokładnie takie same sytuacje? Trzeba jednak przyznać, że politycy na Wyspach jak jeden mąż potępili bestialskie napaści na Polaków, co pokazuje, że jeszcze nie wszystko jest stracone.

Skandaliczne wypowiedzi obu wymienionych wyżej panów pokazują tylko, jak bardzo sami nie wiedzą, o co im chodzi. Farage powiedział kiedyś: „Czy nie chcemy żyć w kraju, w którym posługujemy się tym samym językiem? Czy nie jest skandaliczne to, że nie szkolimy w naszym kraju wystarczającej liczby pielęgniarek i lekarzy?”. Mam mu ochotę powiedzieć: oczywiście, że to skandal, ale to pan jako polityk jest za to odpowiedzialny, nie imigranci, którzy wykorzystują sytuację do znalezienia pracy. Odpowiedni poziom edukacji pomógłby kilka problemów rozwiązać. Ale zamilczę, bo my, głupcy ze Wschodu, nic nie wiemy i nie rozumiemy.

W naszym ogródeczku też lepiej nie jest. U nas „demony” jeżdżą metrem, mają warkoczyki i tak jak na Wyspach mówią (o zgrozo) w obcym języku. W Warszawie pobito w tramwaju profesora, bo mówił po niemiecku (może za to, że we wrześniu?!), i nikt nawet się nie odezwał. Część pasażerów odczuła pewnie chwilową ulgę i uznała sytuację za zemstę za 1944. Atakuje się zagranicznych studentów, którzy wybierają nasze uczelnie jako jedne z najlepszych na świecie. W Warszawie w biały dzień zniszczono kobiecie samochód, ponieważ któryś z „prawdziwych Polaków” uznał, że opalona i nosząca warkoczyki dziewczyna jest muzułmanką i powinno się jej pokazać, gdzie jest jej miejsce. Nikt nie zareagował. Oczywiście kobieta zgłosiła sprawę na policję, ale sprawców nie znaleziono.

Nasi politycy, w przeciwieństwie do swoich brytyjskich kolegów, mówią, że przecież nic się nie dzieje, bo to jednostkowe wypadki, a media powinny się zająć Anglią. Jak dwulicowe i głupie są tego typu wypowiedzi, chyba nie muszę nikogo przekonywać. Takim zachowaniem podjudzają jedynie grupy agresorów, którym tylko w to graj. Bezkarnie mogą oni zatem obrażać i atakować u nas bezbronne Azjatki i kazać osobom o „podejrzanym” kolorze skóry recytować hymn. A ty, o wielki, biały obrońco Naszej Wspaniałej Ojczyzny, możesz pochwalić się znajomością „Mazurka Dąbrowskiego”, wiesz, dlaczego śpiewa się „Rotę” na stojąco i dlaczego to, co wywieszasz w oknie często i z lubością na mecze, nie zawsze jest uznaną flagą Rzeczypospolitej? Znasz daty powstań, wiesz, kiedy odzyskaliśmy niepodległość i jak długo byliśmy pod zaborami? Jeśli choć na jedno z pytań nie umiesz znaleźć w swoim rozumku odpowiedzi, milcz. Nie mów o patriotyzmie, nie zasłaniaj się Bogiem, honorem i ojczyzną, bo mężczyzna, który napada na kobiety i bezbronnych, dostałby od rotmistrza Pileckiego, którego nosi na koszulce, w twarz.

Nie ma różnicy między przemocą skierowaną przeciw Polakom i tą, której źródłem są Polacy. Nienawiść wszędzie jest taka sama. Okładanie kogoś pałą i niszczenie mienia jest po prostu złe. Popełniając przestępstwo, nie wolno zasłaniać się miłością do swojej ojczyzny, i nieważne, czy nazwiesz ją Wielką Brytanią czy Polską.

 

 

Anna Albingier

Gazetka 155 – październik 2016