Projekty obywatelskie cieszą się wśród władz mniejszym lub większym uznaniem, ale pojawiają się też takie, które są władzom wyjątkowo na rękę. Należą do nich szczególnie te, które dążą do spełnienia obietnic wyborczych, choć nie do końca liczą się z finansami czy poszkodowanymi w wyniku ich wdrożenia. Jeden z takich projektów wpłynął do marszałka Sejmu we wrześniu. Jeśli zostanie pozytywnie rozpatrzony, w Polsce niedziele w końcu stracą swój świecki charakter i (prawie) wszyscy będą mogli w tym dniu cieszyć się w spokoju domowym rosołem po kościelnej sumie. Pomysł szlachetny, ale jeśli wejdzie w życie, pozostanie pytanie: Czy jednak więcej z nas na nim skorzysta, czy ucierpi?

ŚWIĘTUJĘ – NIE KUPUJĘ?

Tradycyjny model życia, szczególnie w kulturze chrześcijańskiej, rozgranicza jasno czas przeznaczony na pracę i odpoczynek. Liczba dni przeznaczonych w tygodniu na pracę jest jednak różna w zależności od sytuacji ekonomicznej – a często też historycznej – poszczególnych krajów, chociaż w większości tych chrześcijańskich niedzielę zwykło się święcić. Współcześnie jednak rzadko które państwo ma odwagę zakazać całkowitego handlu tego dnia, godzi to bowiem nie tylko w interesy sprzedawców, ale i konsumentów.

Dzisiaj Polakom trudno sobie wyobrazić, że w niedzielę sklepy, galerie handlowe i hipermarkety miałyby być zamknięte, o takich miejscach jak stacje benzynowe, apteki czy restauracje nawet nie wspominając. Przyzwyczailiśmy się, że sektor handlowy jest w Polsce zawsze „pod ręką” i nie musimy się zanadto martwić, jeśli w sobotę nie zdążymy zrobić zakupów. Przyzwyczailiśmy się jednak także, że jeśli nie my osobiście, to ktoś z naszego otoczenia w niedzielę musi iść do pracy. Nie jest to wcale miłe, ale większości z nas to jakoś bardzo nie oburza, zdajemy sobie bowiem sprawę, że pracę – i płacę – szanować trzeba.

Znacząca część społeczeństwa wolałaby jednak, aby z niedzielą było inaczej – i mowa tu nie tylko o społeczeństwie polskim. Pragnienie wolnej niedzieli drzemie w wielu, nawet tych niekatolickich, grupach społecznych. To nie tylko chęć odpoczynku po ciężkim tygodniu pracy, chęć udziału w uroczystościach religijnych, chęć spędzenia miło czasu z rodziną, chęć oderwania się od szarej codzienności. Dla wielu to także konieczność odrobienia zaległości z całego tygodnia, w tym także… zaległości zakupowych. Zakupy w niedzielę stały się więc w pewnym sensie formą świętowania, co dla konserwatywnych środowisk brzmi niemal jak bluźnierstwo. Wyrazem buntu względem konsumpcjonistycznego wzorca życia byłby więc bojkot wszelkich niedzielnych zakupów i omijanie szerokim łukiem ośrodków handlowych nawet wtedy, gdy w lodówce skończą się produkty pierwszej potrzeby. Bo ktoś przecież musiałby pracować, żeby ktoś inny mógł zrobić zakupy.

EUROPEJSKIE „DAYS OFF”

Prawa w zakresie niedzielnego handlu w całej Europie wyglądają bardzo różnie. Mamy kraje prowadzące handel bez ograniczeń, w tym Polskę, mamy kraje zakazujące prawie całkowicie niedzielnego handlu i takie, który wypracowały sobie pewien kompromis pomiędzy jednym a drugim rozwiązaniem. I zdaje się, że te kompromisy są właśnie najzdrowsze dla psychicznego samopoczucia mieszkańców współczesnej Europy, choć zapewne jeszcze idealne nie są.

Aż w 12 krajach Unii Europejskiej sklepy są zamknięte przez większość niedziel w roku lub otwarte w bardzo ograniczonym czasie godzinowym. Największe ograniczenia są w Niemczech i Austrii, a poza Unią w Szwajcarii i Norwegii, przy czym dwa pierwsze państwa oferują w niedziele zakupy tylko na stacjach benzynowych, na dworcach oraz w bezpośrednim pobliżu atrakcji turystycznych. W Norwegii mogą działać dodatkowo małe sklepiki o powierzchni nieprzekraczającej 100 m², podobnie jak w Grecji (chociaż w ostatnim czasie przepisy podlegają nieznacznym modyfikacjom w celu zwiększenia sprzedaży niedzielnej).W Szwecji natomiast nie kupimy w niedzielę alkoholu, ale pozostałe produkty są ogólnodostępne. Duże restrykcje panują też we Francji – handel niedzielny mogą prowadzić jedynie obiekty z działem spożywczym w dużych miastach lub regionach turystycznych, i to tylko przez cztery godziny dziennie. Ciekawa sytuacja dotycząca handlu niedzielnego występuje w Holandii – w centrum kraju, gdzie dominują protestanccy konserwatyści, jest on zakazany, a na pozostałym obszarze nie występują żadne obostrzenia. Belgia dopuszcza jedynie „mały” handel, a piekarnie i sklepy mięsne mogą działać w określonych godzinach. Luksemburg określa ściśle godziny pracy sklepów tylko w pierwszą niedzielę miesiąca. W Wielkiej Brytanii (z wyłączeniem Szkocji) sklepy otwarte są jedynie przez kilka godzin. Węgrzy mogą zrobić zakupy w niewielkich sklepach rodzinnych. W Hiszpanii decyzję o handlu w niedzielę podejmują władze lokalne. Włochy i Chorwacja, mimo że nie mają oficjalnego zakazu, zamykają sklepy w niedzielę – wyjątek stanowi kilkugodzinny handel w niedzielne popołudnie. Pozostałe unijne państwa nie stosują ograniczeń handlowych, ale Polska prawdopodobnie już niedługo dołączy do tych, które dzień święty święcą „po bożemu”.

POLACY CHCĄ ŚWIĘTEJ NIEDZIELI

A przynajmniej część Polaków – sympatyzujący z aktualną władzą, ale również ci dobrze zarabiający, mający dzieci, mieszkający z dala od rodzin lub… po prostu przemęczeni. Wspomniana „świętość” nie musi oznaczać udziału w nabożeństwach kościelnych, ale jedynie święto, które wyrasta z naszych korzeni i wielu z nas jest potrzebne: wolną niedzielę. Ten sam dzień wolny dla wszystkich, aby wielu mogło (często w ogóle) prowadzić życie rodzinne czy towarzyskie.

Obecnie w Polsce nie ma żadnych ograniczeń handlu w niedzielę. Wspomniany projekt obywatelski, który wpłynął do Sejmu, proponuje wprowadzanie zakazu handlu z pewnymi wyjątkami. Zgodnie z założeniami ustawa miałaby zakazywać handlu nie tylko w niedziele, ale i w Wigilię i Wielką Sobotę. Nadal obowiązywałby zakaz handlu w święta państwowe (czyli dni ustawowo wolne od pracy – Nowy Rok, Trzech Króli, Wielkanoc, Święto Pracy, Święto Konstytucji 3 Maja, Zielone Świątki, Boże Ciało, Wniebowzięcie NMP, Wszystkich Świętych, Święto Niepodległości, Boże Narodzenie). Rekompensatą miałby być handel w niedziele przedświąteczne i tzw. wyprzedażowe. Poza ustawą znajdowałyby się sklepy do 5 m², które w niedziele otwieraliby właściciele (lub ich rodziny), piekarnie, kwiaciarnie, stacje benzynowe (do 300 m²), a także sklepy z dewocjonaliami i te, które znajdują się w (wybranych) obiektach leczniczych, turystycznych, komunikacyjnych itp. Kompromis – w porównaniu z całkowitym zakazem – wydaje się znaczny, a zmiany nie aż tak drastyczne. Ale czy na pewno?

KTO SKORZYSTA, KTO STRACI?

Wprowadzenie zakazu niedzielnego handlu przyniesie korzyści przede wszystkim rodzinom z dziećmi, osobom wierzącym i wszystkim tym pracownikom, którzy w niedzielę do pracy chodzili nie z własnej woli, ale w wyniku zapisów w obowiązującej ich umowie o pracę.

Poszkodowanych może być o wiele więcej. Z jednej strony mamy konsumentów, dla których zakupy w niedzielę są dość istotną częścią tygodnia, bez której organizacja czasu może być o wiele trudniejsza. To dla wielu wyższa konieczność, a przyjemność pewnie tylko dla niektórych, ale i ich warto by wziąć pod uwagę podczas planowania zmian. Z drugiej strony ustawa uderzy w pracowników – w jej wyniku pracę straci kilkadziesiąt tysięcy ludzi (szacunki mówią nawet o ponad 80 tys.), a wielu osobom spadnie poziom wynagrodzenia. Zmieni się więc nie tylko liczba miejsc pracy, ale także liczba godzin pracy. Ustawa skrzywdzi również tych pracowników, którzy w tygodniu ze względu na inne zajęcia nie mogą pracować lub pracują w ograniczonym czasie – na przykład studentów.

Bardziej niebezpieczne wydają się jednak mimo wszystko zmiany gospodarcze, które taki zakaz przyniesie. Jedna wolna od handlu niedziela to według ekspertów mniejszy o ok. 2,5 mld zł przychód dla państwa. Według ich wyliczeń 52 wolne niedziele pozbawią budżet państwa około 100 mld zł rocznie. Drastycznie spadnie popyt, ponieważ Polacy zaczną kupować mniej – głównie tych produktów, które nie są pierwszej potrzeby, ale należą do wyższej, luksusowej półki. Założenie, że ograniczenie miałoby uderzyć głównie w zagranicznych inwestorów i ich sieci handlowe, jest błędne, ponieważ pociągnie za sobą także wiele rodzimych firm. O ile jeszcze molochy handlowe będzie stać na odrobienie strat wygenerowanych w niedzielę, to mniejsze firmy mogą otrzeć się o utratę rentowności wskutek sześcio-, a nie siedmiodniowego tygodnia handlowego.

Być może alternatywą byłoby zamiast wprowadzania zakazu handlu w niedzielę wprowadzenie odpowiednich klauzul w umowach dla pracowników. Skoro ustawa miałaby służyć przede wszystkim pracownikom, to po co wszystkich wbrew ich interesom pakować do jednego wora i uszczęśliwiać na siłę, skoro można by dać im wybór? Jednym z rozwiązań mogłoby być podwojenie stawki godzinowej w niedzielę, innym – wprowadzenie do umów zapisów o chęci pracy w niedziele. Wówczas pracownicy sami decydowaliby, czy wolą zarabiać więcej czy mieć wolny dzień z rodziną. Czy wolą pracować czy nie pracować w ogóle. Bo niestety aktualny szkic projektu nie jest żadnym rozwiązaniem dla tych, którzy stracą pracę lub część zarobków… Wolny dzień, a w szczególności niedzielę, zawsze miło mieć, ale równie miło byłoby przekalkulować, czy koszty są warte poniesionych strat.

 

 

Ewelina Wolna-Olczak

Gazetka 155 – październik 2016