Po raz pierwszy naukowcy zarejestrowali na Ziemi fale grawitacyjne. Astrofizycy poinformowali o tym w lutym br. na kilku konferencjach prasowych, które jednocześnie odbyły się w USA i Europie. To jedno z największych odkryć tego stulecia, pewny kandydat do Nagrody Nobla. Było ono możliwe dzięki detektorowi LIGO.

Istnienie takich fal przewidział Albert Einstein dokładnie sto lat temu – w swojej pracy z 1916 r., ale do tej pory były na nie tylko pośrednie dowody. Fale grawitacyjne nie rozchodzą się w przestrzeni jak na przykład fale elektromagnetyczne czy akustyczne. To oscylacje samej czasoprzestrzeni. Powodują, że przestrzeń kurczy się i rozszerza, a my – razem z nią. Zgodnie z teorią Einsteina każdy masywny obiekt zakrzywia czasoprzestrzeń, a jeśli porusza się ruchem przyspieszonym, wywołuje w niej fale, jak kamień wrzucony do wody.

Fale zostały zarejestrowane 14 września przez dwa amerykańskie detektory LIGO – w stanie Waszyngton i w Luizjanie. Sygnał przez kilka miesięcy sprawdzał zespół kilkuset naukowców z całego świata, wśród nich także fizycy z Polski, którzy tworzą grupę Polgraw. Z analizy wynika, że fale zostały wzbudzone przez dwie czarne dziury, które spiralnie spadały na siebie i zlały się w jedną większą czarną dziurę. Nigdy wcześniej nie odkryto takiego układu i takiej kolizji. Co więcej, po raz pierwszy naukowcy widzieli drgający horyzont czarnej dziury. W ułamku sekundy zlewające się czarne dziury wyemitowały fale grawitacyjne o energii równoważnej trzem masom Słońca. To sto razy więcej niż w tym samym momencie wyświeciły łącznie wszystkie gwiazdy w kosmosie. Katastrofa zdarzyła się setki milionów lat świetlnych od Ziemi.